W roku 1983 postanowiłem tym razem samotnie wyruszyć z Gdańska do granicy polsko-niemieckiej (Frankfurt).
Wiedziałem, ze będzie to wyprawa trudna z powodu chociażby tego, że wyruszyłem sam. Chciałem się przekonać czy jestem w stanie sprostać wszelkim trudnościom bez niczyjej pomocy w obcym terenie przez okres kilku tygodni. Tak jak w poprzedniej wyprawie postanowiłem jechać szosami. Dziś jak ktoś będzie czytał tę relację to jestem przekonany, że stwierdzi iż jazda drogą jest samobójstwem. Tak zgadzam się z taką opinią dzisiaj…. ale w owym czasie ruch samochodowy był znikomy i raczej bezpieczny. A więc wyruszyłem z Gdańska….dzienny przejazd wynosił ok 60-90 km. Celem wyprawy było dotarcie do granicy polsko-niemieckiej do Frankfurtu tj ok. 500 km.
Nocowałem zawsze na campingach, dlatego też dzienny przejazd nie zależał tylko od kondycji ale i od odległości między nimi. Bywało tak, ze czasami należało pokonać odcinek 80-100 km. W sumie trasa była nie tak uciążliwa jak zakładałem. Po za tym rower jakim wówczas dysponowałemn był naszej krajowej produkcji z przełożeniami typowo szosowymi.
Trochę się obawiałem czy wytrzyma on to obciążenie, bo posiadał aż dwa bagażniki. Z przodu był przymocowany namiot a reszta z tyłu. W każdym bądź razie trudno go było podnieść.
Ze sobą posiadałem jako części zapasowe: łańcuch, tylną piastę, szprychy i parę innych drobiazgów, które w podróży mogły się przydać. Łańcuchy, które ówcześnie były produkowane wytrzymywały tylko 1000 km, dlatego wziąłem zapasowy i oczywiście skorzystałem z niego. Dziś łańcuch wytrzymuje 5000 km, więc zauważcie jak się zmieniła technologia w przeciągu 25 lat!
Relacje tę piszę po wielu latach w związku z tym szczegółów już nie pamiętam poza jedną przygodą, której nigdy nie zapomnę, a mianowicie: po rozłożeniu namiotu na campingu w terenie leśnym, postanowiłem nareszcie skorzystać z baru, aby zjeść obiad….po powrocie do namiotu zauważyłem iż w nim ktoś się zameldował, okazało się, że weszła tam wiewiórka przegryzając sypialnię i konsumując moje herbatniki. Nie skorzystałem już z herbatników, ponieważ jak stwierdziła obsługa campingu wiewiórka mogła mieć wściekliznę.
Wiele jeszcze innych przygód spotykało mnie po drodze, np.: pływanie namiotem jak pontonem podczas burzy, następnie plądrowanie przez złodziei moich zawartości pod tropikiem itp. W sumie przejechałem wówczas ok 1000 km. Przejeżdżając tę trasę szczęśliwie i bez żadnych awarii roweru spełniłem jedno z moich rowerowych marzeń.
Niestety nie posiadałem wówczas przy sobie aparatu fotograficznego, dlatego też nie ma żadnych zdjęć.
Na zakończenie podam jako ciekawostkę temat liczników rowerowych. W dobie socjalizmu nie były produkowane liczniki elektroniczne, ale były mechaniczne. I taki ja posiadałem stąd wiem ile km przejechałem. Licznik taki był zakładany na oś koła przedniego a na szprysze zamontowany był bolec, który przy obrocie koła przesuwał zębatkę. Były sprzedawane na różne wielkości kół.
Mieczysław Butkiewicz
