<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Gdańska  Ekipa  Rowerowa &#187; Wyprawy</title>
	<atom:link href="http://rowery.gda.pl/category/wyprawy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://rowery.gda.pl</link>
	<description>MTB</description>
	<lastBuildDate>Mon, 21 May 2012 16:18:45 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Arizona Trail Race</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2012/04/09/arizona-trail-race/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2012/04/09/arizona-trail-race/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Apr 2012 08:43:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rowery.gda.pl/?p=11557</guid>
		<description><![CDATA[
CZYTAJ RELACJĘ na blogu Pawła
W najbliższy piątek 13 kwietnia, nasz kolega Paweł Kudela podejmie próbę przejechania jednego z najcięższych na świecie wyścigów &#8211; Arizona Trail Race.
Jest to samowystarczalny wyścig na rowerach górskich przebiegający wzdłuż szlaku stanowego przez pustkowia Arizony.
Dostępne są dwa dystanse: 300 mil (~480 km) i 750+ mil (~1200+ km) co  stanowi całkowity [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-11561" href="http://rowery.gda.pl/2012/04/09/arizona-trail-race/aztr-header/"><img class="alignleft size-medium wp-image-11561" title="AZTR-header" src="http://rowery.gda.pl/wp-content/uploads/2012/04/AZTR-header-300x118.jpg" alt="" width="300" height="118" /></a></p>
<p><a href="http://pablogoral.blogspot.com/2012/04/bezsenny-wyscig-szlakiem-arizona-trail.html">CZYTAJ RELACJĘ na blogu Pawła</a></p>
<p>W najbliższy piątek 13 kwietnia, nasz kolega Paweł Kudela podejmie próbę przejechania jednego z najcięższych na świecie wyścigów &#8211; <a href="http://www.topofusion.com/azt/race.php">Arizona Trail Race</a>.</p>
<p>Jest to samowystarczalny wyścig na rowerach górskich przebiegający wzdłuż szlaku stanowego przez pustkowia Arizony.</p>
<p>Dostępne są dwa dystanse: 300 mil (<strong>~480 km</strong>) i 750+ mil (~1200+ km) co  stanowi całkowity trawers stanu Arizona. Paweł podejmie próbę przejechania  krótszej trasy. Wyścig podąża za szlakiem Arizona Trail tak blisko jak  to tylko możliwe od granicy z Meksykiem do miejscowości Superior w  Arizonie, obejmując około 480 km zróżnicowanego terenu (zakres wysokości  nad poziomem morza od 500 m do 2500 m). Szlak głownie ma charakter  wąskiej ścieżki (singletrack), ale również są objazdy drogami szutrowymi  i asfaltowymi omijające tereny dzikie, chronione, przez które prowadzi  szlak pieszy.<br />
To nie są  organizowane i sankcjonowane pod żadnym względem zawody. Jest to po  prostu grupa znajomych (z bikepacking.net), którzy postanowili  przejechać na rowerach tę samą trasę w tym samym czasie. Dla wielu nie  jest to wyścig, ale raczej osobista przygoda. Wielka, trudna i  zastraszająca. Ukończenie jest wielkim wyzwaniem. Tylko około połowa albo  i mniej śmiałków stających na linii startu jest w stanie dojechać do mety.</p>
<p>Ciekawostki:</p>
<ul>
<li>Paweł startuje na stalowej ramie Nimble 9 (koła 29, napęd 1&#215;6) Jest to spora zmiana w stosunku do wcześniejszych wypraw, które pokonywał na fullu (pivot mach 5)</li>
<li>duża część terenów to pustynia, więc bardzo ważne są zapasy wody. w tym celu do roweru została zamocowana sakwa wypełniająca trójkąt ramy i zawierająca 2 litrowy bukłak z wodą. kolejny bukłak (3 l) zawodnik będzie miał na plecach</li>
<li>Paweł nie bierze namiotu, a jedynie ultralekki śpiwór oraz bivy. weźmie jednak czapkę i rękawice gdyż część trasy prowadzi na wysokości 2500 m n.p.m.</li>
</ul>
<p>Zapraszamy do <a href="http://pablogoral.blogspot.com/">bloga Pawła</a>, a w szczególności do lektury wcześniejszych wypraw:</p>
<ul>
<li><a href="http://pablogoral.blogspot.com/2010/08/colorado-trail-race-czyli-w.html">Colorado Trail Race</a></li>
<li><a href="http://pablogoral.blogspot.com/2011/08/ukiem-karpaty-na-rower-zapakowani.html">Łukiem Karpat</a></li>
</ul>
<p>Paweł jest wyposażony w urządzenie nadawczo-odbiorcze SPOT i jego trasę można śledzić na żywo za pomocą tej strony: <span style="color: #0000ff;"><strong><a href="http://www.trackleaders.com/aztri.php?name=Pawel_Kudela">link</a></strong></span></p>
<p>POWODZENIA!!!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2012/04/09/arizona-trail-race/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Łukiem Karpat Na Rower Zapakowani &#8211; Rumunia</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2011/09/11/lukiem-karpat-na-rower-zapakowani/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2011/09/11/lukiem-karpat-na-rower-zapakowani/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 11 Sep 2011 06:46:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rowery.gda.pl/?p=9465</guid>
		<description><![CDATA[

KLIKNIJ TU aby oglądać film w jakości HD

Pierwsza część filmu z wyprawy łukiem Karpat &#8211; Rumunia, Ukraina, Polska. W ciągu 12 dni przejechaliśmy około 1200 km, głównie bezdrożami, osiągając sumę przewyższeń ponad 26000 m. W tej części filmu widać Park Narodowy Calimani oraz Góry Rodniańskie. Starałem się również pokazać kilka rumuńskich wiosek przez które przejeżdżaliśmy.

]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-9469" href="http://rowery.gda.pl/2011/09/11/lukiem-karpat-na-rower-zapakowani/zrzut-ekranu-2011-08-25-godz-10-39-17/"><img class="alignleft size-medium wp-image-9469" title="Zrzut ekranu 2011-08-25 (godz. 10.39.17)" src="http://rowery.gda.pl/wp-content/uploads/2011/08/Zrzut-ekranu-2011-08-25-godz.-10.39.17-300x164.png" alt="" width="300" height="164" /></a></p>
<p><iframe src="http://player.vimeo.com/video/28140685" width="500" height="281" frameborder="0" webkitAllowFullScreen allowFullScreen></iframe></p>
<p><strong><a href="http://vimeo.com/28140685" target="_blank"><span style="color: #0000ff;">KLIKNIJ TU aby oglądać film w jakości HD</span></a></strong></p>
<p><strong><br />
Pierwsza część filmu z wyprawy łukiem Karpat &#8211; Rumunia, Ukraina, Polska. W ciągu 12 dni przejechaliśmy około 1200 km, głównie bezdrożami, osiągając sumę przewyższeń ponad 26000 m. W tej części filmu widać Park Narodowy Calimani oraz Góry Rodniańskie. Starałem się również pokazać kilka rumuńskich wiosek przez które przejeżdżaliśmy.<br />
</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2011/09/11/lukiem-karpat-na-rower-zapakowani/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Łukiem Karpat &#8211; Rumunia, Ukraina, Polska w 11 dni.</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2011/08/21/lukiem-karpat-rumunia-ukraina-polska-w-11-dni/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2011/08/21/lukiem-karpat-rumunia-ukraina-polska-w-11-dni/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 21 Aug 2011 16:12:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>scoot</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rowery.gda.pl/?p=9349</guid>
		<description><![CDATA[

Zapraszam do obejrzenia zapowiedzi filmu z wyprawy.
Niebawem ukażą się kolejne części. Film w jakości HD można oglądać TUTAJ.
Relacja Pawła &#8211; na jego blogu rowerowym
Zdjęcia Andrzeja
Zdjęcia Pawła
Mapka przejazdu
Część pierwsza. Przygotowania.

Karpaty przyciągały mnie od dawna lecz dopiero na początku roku wizja wyjazdu w te najdziksze góry Europy okazała się bardzo realna.
Wszystko dzięki Pawłowi, który po przejechaniu CTR [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-9389" href="http://rowery.gda.pl/2011/08/21/lukiem-karpat-rumunia-ukraina-polska-w-11-dni/dscn0776/"><img class="alignleft size-medium wp-image-9389" title="DSCN0776" src="http://rowery.gda.pl/wp-content/uploads/2011/08/DSCN0776-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a></p>
<p><iframe src="http://player.vimeo.com/video/27776661" width="500" height="281" frameborder="0"></iframe></p>
<p><a href="http://vimeo.com/27776661" target="_self"><strong>Zapraszam do obejrzenia zapowiedzi filmu z wyprawy.<br />
Niebawem ukażą się kolejne części. Film w jakości HD można oglądać TUTAJ</strong>.</a></p>
<p><a href="http://pablogoral.blogspot.com/2011/08/ukiem-karpat-na-rowery-zapakowani.html"><strong><span style="color: #0000ff;">Relacja Pawła &#8211; na jego blogu rowerowym</span></strong></a><br />
<a href="https://picasaweb.google.com/112059549537774680761/Rumunia"><strong><span style="color: #0000ff;">Zdjęcia Andrzeja</span></strong></a><br />
<a href="https://picasaweb.google.com/110527687268855623072/UkiemKarpatNaRoweryZapakowani"><strong><span style="color: #0000ff;">Zdjęcia Pawła</span></strong></a></p>
<p><strong><span style="color: #0000ff;"><a href="http://www.bikemap.net/route/1200122#lat=48.31243&amp;lng=23.85132&amp;zoom=7&amp;type=2" target="_blank"><span style="color: #0000ff;">Mapka przejazdu</span></a></span></strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Część pierwsza. Przygotowania.<br />
</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Karpaty przyciągały mnie od dawna lecz dopiero na początku roku wizja wyjazdu w te najdziksze góry Europy okazała się bardzo realna.</p>
<p style="text-align: justify;">Wszystko dzięki Pawłowi, który po przejechaniu CTR (Colorado Trail Race) wymyślił kolejne wyzwanie w postaci zdobycia łuku Karpat, począwszy od Rumunii przez Ukrainę, aż polskie Bieszczady. Wyprawa miałaby potrwać około 12 dni (plus kilka dni na dojazdy). Dystans: 1100 km. Większość w terenie, poza szlakami, często wiele kilometrów od najbliższych osad ludzkich. Na dodatek należało się przedrzeć przez wysokie Góry Rodniańskie zwane Alpami Rodniańskimi. 2000 m n.p.m. dla rowerzysty z bagażami jadącego poza udeptanymi szutrami to spore wyzwanie.</p>
<p style="text-align: justify;">Przygotowania kondycyjne rozpocząłem gdzieś w okolicy grudnia. Miałem sporo do nadrobienia gdyż ostatnie kilka lat nie jeździłem zbyt intensywnie na rowerze. Bałem się o kolano, które juz kiedyś odezwało się tak mocno że musiałem poddać się zabiegom fizjoterapii.</p>
<p style="text-align: justify;">Jednocześnie kompletowałem ekwipunek. Z doświadczeń Pawła wynikało, że całkowity ciężar naszego bagażu wliczając w to ciężar toreb, plecaka, szczoteczki do zębów, a nawet pożywienia &#8211; nie powinien przekroczyć 7 kg. To się wydawało nierealne przy założeniu, że muszę zabrać namiot, śpiwór, matę, jedzenie na kilka dni, ciuchy suche oraz deszczowe i wiele innych drobiazgów.</p>
<p style="text-align: justify;">Na pierwszy ogień poszedł zakup specjalnych toreb rowerowych mocowanych pod siodełko oraz pod ramę i kierownicę. Takie torby są bardzo popularne w USA, ale już do nas dociera &#8220;moda&#8221; zwana bikepackingiem. Główną przewagą takiego rozwiązania nad klasycznymi sakwami jest ograniczenie wagi oraz znaczne zwiększenie zdolności terenowej roweru. Nie zabieramy bagażnika, a same torebki ważą po 300 gram. W sumie zamiast dwóch ciężkich sakw z bagażnikiem mamy dwie leciutkie, wodoodporne torby rozłożone na przodzie i z tyłu roweru. Na dodatek torby można bardzo szybko zdjąć co nie jest bez znaczenia podczas transportu rowerów np. autobusem. Torby kupiłem u producenta &#8211; <a href="http://www.bikepack.pl">www.bikepack.pl</a></p>
<p style="text-align: justify;">Następnie rozpocząłem projektowanie swojego domu czyli namiotu. Przeanalizowałem bardzo wiele konstrukcji testując nawet jednopowłokowy ultralekki namiot Tarptent ważący 600 g. Niestety ilość skraplanej pary wodnej zdyskwalifikowała ten produkt po pierwszej nocy. Pozostało mi znaleźć namiot dwupowłokowy, czyli z klasyczną sypialnią oraz tropikiem, ale ważący max 1 kg. Wybrałem Vaude Power Lizard, który na dodatek posiada konstrukcję zewnętrzną. Namiot rozstawia się bardzo szybko i nawet podczas deszczu sypialnia pozostanie sucha gdyż stawiamy ją jednocześnie z tropikiem.</p>
<p style="text-align: justify;">Do kompletu potrzebowałem śpiwora. Wybór padł na CUMULUS xlite 200. To naprawdę fantastycznie lekki, puchowy śpiwór, ważący około 430 g. Zapewnia komfort przy +3 st. C (testowałem), ale sprawdza się nawet przy niższych temperaturach zakładając bieliznę termoaktywną i polar. Paweł wybrał identyczny śpiwór, a firma Cumulus okazała się bardzo pomocna w wyborze zarówno śpiworów jak i namiotu &#8211; <a href="http://www.cumulus.pl">www.cumulus.pl</a></p>
<p style="text-align: justify;">Warto wspomnieć, że Paweł nie spał pod namiotem. Testował nowe rozwiązanie czyli płachtę z CUBENU, materiału niepodatnego na rozciąganie oraz nieprzemakalnego. Naciągnięta wieczorem płachta nie opadała nawet po wielu deszczowych godzinach. Całość ważyła niecałe 400 g, co przy wadze namiotu (1 kg) wydaje się niezłym rozwiązaniem dla minimalistów-twardzieli. Ja osobiście wolę namiot który daje możliwość izolacji zarówno od podmuchów wiatru jak i wszelkiego robactwa chcącego wejść nam do nosa <img src='http://rowery.gda.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':-)' class='wp-smiley' /> </p>
<p style="text-align: justify;">Nasze rowery nie wymagały specjalnych przygotowań. Jedyne co zrobiłem to uszczelniłem pancerze w linkach od przerzutek. Teren w który jechaliśmy mocno sugerował użycie rowerów z pełną amortyzacją i na szczęście takie posiadaliśmy. Amortyzacja 140 mm na przód wcale nie była przesadą&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">Muszę jeszcze wspomnieć o sprzęcie elektronicznym. Uparłem się bowiem zabrać na wyprawę kamerę HD, którą sfilmuję cały wyjazd. Problemów oczywiście było mnóstwo, począwszy od wagi, a skończywszy na wytrzymałości na warunki atmosferyczne oraz&#8230; brak gniazdek z prądem. Wybór padł na kamerę GoPro, która w zestawie wyposażona jest w specjalną obudowę. Energię czerpałem z baterii słonecznej Voltaic, którą woziłem cały czas na plecaku. Rozwiązanie sprawdziło się idealnie i gdybym musiał mógłym poza kamerą ładować codziennie kilka innych urządzeń!</p>
<p style="text-align: justify;">Mijały miesiące i nie mogłem się doczekać wyjazdu&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Część druga. Rumunia.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Wreszcie nadszedł początek sierpnia. Ruszyliśmy pociągiem z Gdańska do Krakowa, aby następnie (po noclegu u rodziców Pawła) wskoczyć do autobusu Orangeways. Autobusem mieliśmy jechać aż do Budapesztu, gdzie nastąpi przesiadka do innego autobusu tej samej linii. Przystanek końcowy: Miercurea Ciuc, Rumunia.</p>
<p style="text-align: justify;">Na miejsce dojechaliśmy przed godziną 13, co niestety nie było zgodne z naszymi pierwotnymi założeniami, że będziemy około 5 rano. Mając przed sobą połowę dnia i od razu ostro do góry nie zrobiliśmy zbyt wielu kilometrów. Trasa wiodła ciężkim podejściem, a na drzewach powiewały jeszcze wstążki organizowanych tu motocyklowych zawodów enduro. Zaczęło się od hardcore&#8217;u. Na dodatek spadł deszcz. Szliśmy, a czasem jechaliśmy po śliskich kamieniach i korzeniach. Dyszałem jak lokomotywa, nie będąc zaaklimatyzowany do wysokości. W ciągu kilku godzin zrobiliśmy niecałe 30 km i 1000 m przewyższenia. Zdecydowaliśmy się rozbić biwak. Padało coraz mocniej. Zagrzebaliśmy się w lesie, rozciągając na początku płachtę Pawła. To nam dało schronienie i możliwość zjedzenia kolacji w postaci liofilizatów, których mieliśmy 8 podwójnych sztuk. Zapewniało to wyżywienie na 4 pełne dni lub na 8, o ile damy radę kupować coś na obiad w okolicznych wioskach.</p>
<p style="text-align: justify;">Zaczęło grzmieć. Otaczający nas las wraz z zapadaniem zmroku wyglądał coraz bardziej złowrogo. Nie byliśmy co prawda w Transylwanii, ale któż wie czy Drakula nie miał tu swoich szpiegów. Czasem coś zatrzepotało skrzydłami. Karpaty nie wyciągnęły do nas przyjaznej dłoni, a to przecież dopiero początek wyprawy. Rozbiłem namiot i dość szybko zasnąłem.</p>
<p style="text-align: justify;">W nocy padało. Rankiem już nie, lecz wszystko dookoła było mokre. Nie miałem wprawy w naciągnięciu namiotu, przez co trochę wilgoci dostało się do środka. Zwinąłem całkowicie mokry tropik i upchnąłem do torby. Będzie tam gnił 12 godzin aż do kolejnego noclegu&#8230; i tak przez 2 tygodnie. Rower całą noc stał na deszczu, lecz nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Gorzej z właścicielem, który musiał naciągnąć mokre buty i wilgotne spodnie. Skończyło się wygodne życie w cywilizacji&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">Ten dzień był całkiem udany. Przywitał nas stromym zjazdem po kamieniach, długości kilku kilometrów. Zacząłem doceniać hamulce, które w Trójmieście wydawały się pracować na pół gwizdka. Amortyzator miał źle ustawioną kompresję i nie pracował w pełnym zakresie, przez co raz prawie zaliczyłem glebę. Nie jestem jeszcze przyzwyczajony do takich zjazdów z bagażami. Nawet bez bagażu wymagały sporej koncentracji.</p>
<p style="text-align: justify;">Rumunia wbrew wszelkim opiniom okazała się przepięknym i bardzo bezpiecznym krajem. Przed wyjazdem sporo ludzi ostrzegało nas abyśmy uważali na miejscowych, którzy czając się w lesie kradną rowery. Do tego hordy wygłodniałych psów pasterskich tylko czekały aż biedny rowerzysta zacznie uciekać, aby dopaść go i rozszarpać. Nic takiego nie miało miejsca.</p>
<p style="text-align: justify;">Gdyby nie totalna bariera językowa to ludzie w wioskach byliby bardziej uprzejmi niż w Polsce! Praktycznie wszyscy nas pozdrawiali ze szczerym uśmiechem. Pewnego razu czekając na Pawła pod sklepem podeszło do mnie około 8 młodych chłopaków. W Polsce różnie mogłoby się to skończyć, a tam dość długo &#8220;rozmawialiśmy&#8221; na migi pokazując skąd jadę, dokąd i czy jest ciężko. Bolą nogi? &#8211; wydawał się pytać jeden z nich klepiąc się po udach z grymasem na twarzy &#8211; O tak, bolą&#8230; strasznie bolą &#8211; odklepałem. Przyjechałeś z daleka? &#8211; z Polski &#8211; wskazuję na powiewającą flagę przyczepioną do przedniej torby. Polanda! Polanda! Wszyscy uścisnęli mi dłoń i odeszli machając.</p>
<p style="text-align: justify;">Innym razem weszliśmy do przypadkowo wypatrzonej piekarenki. Przejeżdżaliśmy właśnie przez wioskę gdy Paweł nagle mocno zahamował. Tylko zapach pieczywa mógł wywołać u niego taki odruch. Zatrzymaliśmy się błyskawicznie i weszliśmy do środka. A tam &#8211; szczere złoto! Chociaż dla zgłodniałego podróżnika świeży chleb jest znacznie cenniejszy od złota. Pokazujemy na migi że chcemy kupić duży bochen, a pani która od razu do nas podeszła pokazuje, że nie sprzeda. Jak to? Dlaczego nie? Chcemy jeść! Pani krząta się chwilę i podstawia nam pod nos pokrojoną w kawałki dużą bułkę. Skosztowaliśmy i&#8230; od razu uśmiech pojawił się na twarzach Bierzemy! Była to duża drożdżówka, wielkości sporego chleba, świeżutka i nadziewana&#8230; galaretką.</p>
<p style="text-align: justify;">Rumuńskie wsie mają niesamowity urok. Tak właśnie wyobrażam sobie nowoczesną, zadbaną i czystą wioskę, gdzieś na końcu świata. Domki bardzo ładne, kolorowe, trawniki zadbane. Biegają dzieciaki, które wcale nie są brudne. Starsi ludzie siedzą na ławeczkach przed swoimi chałupami. Dookoła sporo koni, prawie żadnych samochodów. Żadnych turystów, sporo swojskiego jedzenia&#8230;. żyć nie umierać! Wszyscy uśmiechnięci, patrzą na nas, zagadują, machają. W sklepikach jest ograniczony wybór produktów ale udaje się kupić całkiem smaczne kiełbasy czy słodycze. Mleka nie ma &#8211; widocznie każdy ma krowę więc nie będą kupować szajsu w kartonach. Z żalem jedziemy dalej. Przed nami jednak daleka droga i nie ma czasu na dłuższe poznawanie lokalnego folkloru.</p>
<p style="text-align: justify;">Kolejne dni obfitowały, przynajmniej u mnie, w ciągłe sapanie ze zmęczenia, ból wszystkich mięśni, ale jednocześnie wspaniałe widoki które łagodziły wszelkie dolegliwości. Przed nami Góry Rodniańskie. Całkiem wysokie &#8211; około 2000 m, porośnięte trawą lecz momentami z przebijającymi &#8220;alpejskimi&#8221; skałami. Ruszyliśmy jak zwykle rano, około 8, planując jechać aż do zmroku czyli około 19-20.  Na początku podjazd, który szybko zmienił się w podejście. Po paru godzinach pchania roweru pod górę docieramy na polanę z chatką pasterza. Wybiega do nas pies i chłopiec. Psiak bardzo sympatyczny, od razu łasi się i macha ogonem. Chłopak zadaje trochę pytań i jest wyraźnie zaciekawiony naszymi osobami. Idziemy dalej przechodząc obok jego chaty. Chata zadbana, ogrodzona, aż trudno uwierzyć że nie ma tu prądu ani ciepłej wody, a do najbliższej osady ludzkiej jest kilkanaście km. Chłopak nie wygląda na zmartwionego tym faktem, wydaje się że ma się całkiem dobrze, a może i lepiej niż niejeden mieszkaniec dużego miasta&#8230;  Gestem prosi mnie o zapałki. Bez wahania wyciągam pudełko z sakiewki i mu wręczam. Po głębszym zastanowieniu stawiam sobie pytanie: czy mam przy sobie coś, poza tymi zapałkami, co mogłoby być przydatne dla tego dzieciaka? Nie potrzebny mu telefon, bo nie ma tu zasięgu. Ubranie ma całkiem dobre, lekarstw pewnie nie potrzebuje gdyż nie choruje, pieniędzy nie ma gdzie wydawać. A jedzenie&#8230; obawiam się, że w porównaniu do nas, karmionych proszkami z worków, skromny pasterz z gór jada jak król.</p>
<p style="text-align: justify;">Idziemy dalej. Podejście jest bardzo ciężkie. Rower nie daje się prowadzić i trzeba go ciągnąć za kierownicę. Pogoda dopisuje, słońce pali niemiłosiernie. Po drodze mijamy stado luźno pasących się koni. W ogóle cała dolina wygląda jak sawanna. Daleko, gdzieś na granicy wzroku widać poszczególne stada owiec i koni. Biegają luzem, bez żadnych strażników czy granic. Tylko my burzymy ten spokój przedzierając się coraz wyżej i dalej&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">Podejście staje się coraz bardziej strome. Każdy krok grozi osunięciem się razem z rowerem wiele metrów w dół. Co prawda wszystko porasta trawa lecz upadek z tej wysokości może skończyć się poważniejszym urazem. Szybko tracę siły. Przed nami linia kosodrzewiny przez którą musimy przejść jak taranem. Paweł pomaga przeciągnąć mój rower przez kilka trudnych miejsc. Właściwie nie wiemy gdzie iść &#8211; znamy tylko kierunek i odległość &#8211; gdzieś za szczytem, w dolinie, 25 km dalej znajduje się wioska do której musimy dotrzeć.</p>
<p style="text-align: justify;">Przejście kosówką było bardzo trudne. Przeciągaliśmy rowery wąskim przejściem, a wiele łodyg wkęcało się w koła i pedały jakby celowo nas przytrzymując. Nie idźcie dalej&#8230;. zostańcie tu&#8230;. przecież nie dacie rady &#8211; szeleściły.</p>
<p style="text-align: justify;">Podejście pod szczyt wycisnęło ze mnie wszystkie siły. Paweł wskoczył na górę jak kozica, a ja musiałem zdemontować torby i wnieść rower na dwa razy. Chwila odpoczynku i decyzja, że uda się ominąć dalsze pasma kosówki idąc drugą stroną szczytu. Ruszamy. Słońce już dawno przekroczyło zenit. Nie mam zegarka, ale wydaje się że jesteśmy na nogach około 8-10 godzin.</p>
<p style="text-align: justify;">Po kolejnej godzinie czy dwóch docieramy wreszcie na drugą stronę szczytu. Widok jest oszałamiający. Daleko w dole widać kolejną pasterską chatę, a jeszcze dalej, około 20 km w linii prostej &#8211; małą wioskę. Aby tam dotrzeć należy zejść do doliny i pokonać wiele kilometrów w nieznanymi terenie. Dzisiaj na pewno nie dam rady. Zresztą wydaje się to zbyt niezbezpieczne i lepiej znaleźć dobre miejsce na nocleg. Paweł z chęcią zgadza się na takie rozwiązanie, zapewne licząc na piękne zdjęcia zachodu i wschodu słońca. Pomimo niepewnej sytuacji humory dopisują.</p>
<p style="text-align: justify;">Znaleźliśmy półkę osłoniętą od zachodniego wiatru. Tuż pod szczytem, na wysokości około 1900 m. Kolację postanowiliśmy zjeść w promieniach zachodzącego słońca. Uruchomiliśmy kuchenkę aby zagotować wodę. Liofilizat smakuje całkiem dobrze i jest wysokokaloryczny. A my potrzebujemy wielu kalorii.</p>
<p style="text-align: justify;">Spędzamy pośród bezkresnych gór jeszcze kilka godzin. Jest bardzo spokojnie, a w powietrzu unosi się uczucie całkowitej wolności i niezależności. Jesteśmy sami, bez kontaktu ze światem, zdani wyłącznie na siebie. Jutrzejsza droga nie jest pewna, ale wiadomo że czeka nas spore zmęczenie. Pomimo tego cieszymy się magiczną chwilą prawie skacząc ze szczęścia. Góry w których się znaleźliśmy nie znają zakazów. Nikt nie zabroni rozbić biwaku, napić się wody z rzeki czy pójść w dowolne miejsce w zasięgu wzroku. Nie ma turystów, nie ma ludzi, to kraina słońca, deszczu i zwierząt, które bardzo dobrze żyją z nielicznymi pasterzami. Następnego dnia zobaczę jak jeden z pasterzy podjeżdża na koniu prawie 1000 metrów w pionie trzymając się jego grzywy! Takie widoki pozostają w pamięci do końca życia.</p>
<p style="text-align: justify;">Nadchodzi noc. Wracamy do namiotów i szybko zasypiamy czekając na wschód słońca. Przed zaśnięciem ogarnia mnie uczucie całkowitego bezpieczeństwa. Właśnie tu, na skalnej półce, pośród bezkresnych gór czuję się bezpieczniej niż w domu&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">Poranny widok jest tak niesamowity, że żadne słowa ani film nie są w stanie tego oddać. Spektakl rozpoczyna się zaróżowieniem szczytów. Następnie niebo z głębokiego granatu powoli przechodzi w coraz jaśniejszy kolor, aż miejscami do niebieskiego. Nie wiemy w którym dokładnie miejscu wyjdzie słońce ale chmury nad jednym ze szczytów zmieniają barwę na pomarańczowo-żółtą. To tu! Jeszcze kilka minut i zobaczymy pierwsze promienie. Ale cóż to? Obejrzałem się za siebie, a tam delikatne plamki białych chmur, prawie mgiełki, w bardzo szybkim tempie zmierzają w stronę szczytu! Napływa ich coraz więcej, a chwilę po nagrzaniu doliny promieniami wiszącego już słońca rozpoczyna się prawdziwe przedstawienie. Ze wszystkich stron napływają chmury, kłębiąc się i zwijając jakby wsysane w otwór wypalony przez świecący na niebie punkt. Część z nich z dużą prędkością spada na dolinę. Obserwuję to zadziwiające zjawisko godzinę lub dwie, kręcąc tyle filmu ile mogę. Nie wiem jaki będzie efekt gdyż kamera którą posiadam nie umożliwia nawet podglądu tego co nagrywa. Najważniejsze jednak, że to widowisko zostanie w mojej pamięci.</p>
<p style="text-align: justify;">Jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Wszystko wydaje się dość proste: schodzimy do doliny, do domku pasterza, a dalej jakąś prowizoryczną drogą która powinna tam być docieramy do wsi. Przy okazji przejdziemy obok namiotu rozbitego znacznie niżej nas. To druga grupka turystów którą spotykamy od czasu przyjazdu do Rumunii.</p>
<p style="text-align: justify;">Zejście nie jest łatwe. Człowiek z kijkami i plecakiem poradziłby sobie znacznie lepiej niż ja z ciężkim rowerem. Przechodzimy obok namiotu. 3 osoby i na szczęście mówią po angielsku. Sugerują abyśmy nie szli &#8220;na krechę&#8221; w dolinę, a skorzystali ze szlaku. Faktycznie wczoraj zauważyliśmy szlak, ale prowadził on przez wysokie szczyty co zupełnie nie było nam po drodze. Decydujemy się jednak skorzystać z sugestii i przynajmniej część drogi odbyć szlakiem. Oznacza to kolejne wejście do góry, na szczęście nie tak wysoko jak byliśmy. Dopiero tam czeka na nas decyzja. Szlak prowadzi ponownie na szczyt, którego przebycie byłoby na pewno ponad moje siły. Proponuję abyśmy jednak schodzli &#8220;na krechę&#8221; licząc na to, że góry rodniańskie są na ogół dość łatwe dla piechurów. Paweł się zgadza widząc chyba moje wyczerpanie.</p>
<p style="text-align: justify;">Powoli schodzimy niżej. Rower na dwóch hamulcach, co chwila przednie koło wpada do jakiejś dziury a tylne chce się oderwać od podłoża. Trzeba uważać gdzie się stawia nogi gdyż spora ilość kamieni tylko czeka aby się osunąć i zwichnąć kostkę. Po kolejnym zejściu docieramy do innej chaty pasterza. Z oddali witają nas duże psy pasterskie, te same przeciwko którym, zgodnie z radami na forum kupiliśmy przed wyjazdem po 10 petard.</p>
<p style="text-align: justify;">Psy nie są ufne, ale bardzo karne. Szczekają z oddali nie podbiegając zbyt blisko. Trzeba je zrozumieć gdyż są częścią tego świata i ciężko tu pracują służąc wiernie człowiekowi. Kilka ciepłych słów w ich kierunku działa trochę uspokojająco i odgłos szczekania przechodzi w bardziej ufny. Może nie każdy umie to wyczuć, ale ja wychowany od małego z psami wiem, że nie muszę się niczego obawiać. Petardy wyrzucam przy najbliższej okazji.</p>
<p style="text-align: justify;">Pasterz którego spotykamy twierdzi stanowczo, że dalej nie powinniśmy iść. Jedyna droga prowadzi po prawie pionowej skale do góry, tej samej którą jeden z nich pokonał wcześniej na koniu. Nie mamy szans. A przynajmniej ja nie mam tyle sił aby się tam wdrapać. Grozi to opóźnieniem o kolejny 1-2 dni, na co nie powinniśmy sobie pozwolić. Owszem, mamy prowiant, a wody jest pod dostatkiem, ale przed nami wiele setek km do Polski i musimy dziennie zrobić około 100 km. Gdybyśmy mieli 2 miesiące i możliwość chodzenia tam gdzie oczy poniosą, to z pewnością wybralibyśmy bardziej pewną drogę kosztem opóźnienia. Niestety założeniem tej wyprawy było napieranie do przodu i ścisłe limity czasowe. Nie można narzekać, trzeba ruszać.</p>
<p style="text-align: justify;">Decydujemy się iść dalej &#8220;na krechę&#8221; wbrew zaleceniom pasterza oraz turystów z namiotu. Tam musi być jakieś zejście! Przecież te góry nie są skaliste, tylko porośnięte trawą. Spuszczam z tonu dopiero po kolejnej godzinie gdy docieramy na skraj przepaści&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">Robi się niewesoło. Jeśli nie damy rady zejść to czeka nas powrót po śladach na 2000 metrów i dalej przez kilka innych szczytów. Na pewno nie zrobimy tego w ciągu 1 dnia. Nie ma wyjścia. Idziemy dalej&#8230;. powoli zaczynamy schodzić stromą ścianą i nagle Paweł znajduje coś jakby drogę, wijącą się zakolami. Jest tam sporo kamieni ale udaje nam się dość dobrze iść prowadząc rowery. To jest to! &#8220;drogą&#8221; docieramy do kolejnej doliny, a przed nami rośnie kolejna pasterska chata. Przechodzimy przez pole pełne krów&#8230;. byk też jest &#8211; stoi 10 metrów od nas patrząc w dal. Licząc na jego przyjacielskie usposobienie nie zwracamy uwagi idąc dalej w stronę chaty.</p>
<p style="text-align: justify;">Przy chacie coś jakby droga &#8211; kamienista, ciężka, ale droga! Wsiadamy na rowery! Po 2 dniach przeciągania rowerów górami nareszcie jedziemy! Niestety niezbyt daleko. Droga przecina w wielu miejscach rzekę i od tej pory przez kolejne kilka godzin będziemy wielokrotnie przechodzili przez rwące potoki. Są na ogół wypełnione śliskimi kamieniami, a niektóre z nich głębokie na 3/4 koła. Do tego dochodzi przejście wąskiem szlakiem w lesie&#8230;. najważniejsze jednak że nadal posuwamy się w dół i za jakiś czas dotrzemy do wioski. Droga wreszcie zmienia się w możliwą do jazdy na naszych rowerach i nie zastanawiając się wskakujemy na siodełka. Po kilkunastu minutach jesteśmy w wiosce susząc buty i skarpety przy sklepiku, pijąc sok i jedząc owoce. Jestem wykończony, ale chyba już o tym pisałem wcześniej&#8230;.</p>
<p style="text-align: justify;">Bardzo się cieszę, że pokonaliśmy te góry bez żadnej kontuzji i w całkiem sensownym czasie. Jutro czeka nas 130 km szosy, dojazdówka do granicy z Ukrainą. Z żalem opuszczamy Rumunię deklarując, że na pewno tu wrócimy. Do tych ludzi, do wiosek, do psów pasterskich, do koni, a nawet do spokojnych byków. Ale przede wszystkim do bezkresnych i dzikich gór rodniańskich.</p>
<p style="text-align: justify;">Jak już wcześniej wspomniałem Internet jest przepełniony skrajnymi opiniami o Rumunii i Ukrainie. Jedna z tych opinii dotyczy przejścia granicznego, gdzie bez łapówki nie ma szans wydostać się z kraju. Albo mamy dużo szczęścia, albo przyjemne usposobienie które udziela się napotykanym zwierzętom i ludziom. Zawsze potrafimy zagadać lub uśmiechnąć się. Te proste gesty otwierają wszystkie drzwi, a nawet serca groźnych psów pasterskich oraz&#8230; celników.</p>
<p style="text-align: justify;">Celnik po stronie rumuńskiej wypytał nas krótko o naszą podróż. Bardzo uprzejmy, mówiący po angielsku. Pytał ile km przejechaliśmy i dokąd jedziemy. Zwrócił uwagę na moją baterię słoneczną przymocowaną do plecaka, a chwilę później życzył szczęścia. Wyjechaliśmy z Rumunii. Wjazd na Ukrainę odbył się również bez przeszkód, skierowano nas na osobny pas i szybko poddano sprawdzeniu paszportów. Witaj dzika, niebezpieczna, pełna niedźwiedzi Ukraino! Tak cię opisują na forach, a jak jest na prawdę przekonamy się sami na własnej skórze. Wybieramy bowiem małe wsie i &#8211; jednym słowem &#8211; zabite dechami miejsca.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Część trzecia. Ukraina.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Już na samym początku zwróciłem uwagę na dwie rzeczy: ludzie których mijamy są znacznie bardziej mili i otwarci niż w Rumunii, oraz drogi którymi jedziemy mają tyle dziur ile nie ma żadna chyba droga w Polsce. Ukraina to ubogi kraj, z zaniedbanymi wioskami. Czasem mignie nowoczesny samochód, ale większość komunikacji to stare pojazdy radzieckie lub konie.</p>
<p style="text-align: justify;">Odjeżdżamy od granicy tak daleko jak się da. Chcemy nocować na dziko, w lesie. Wjeżdżamy do parku narodowego i od razu rzucają się w oczy tablice ze zdjęciami niedźwiedzi. Podpisy w cyrylicy są nieczytelne, ale zdają się mówić &#8220;wanted! poszukiwany! wytaszczył z chałupy czwórkę turystów i rozszarpał na strzępy przy pobliskim potoku&#8221;. Powoli tracimy nadzieję na dobry nocleg. Nie ma gdzie rozstawić namiotu. Drogą którą jedziemy co jakiś czas przejeżdżają transporty z drzewem. Sugeruję abyśmy rozbili się przy drodze, obok małej wiaty. Paweł popatrzył na mapę i prosił aby poczekać, jadąc jeszcze dalej. Po chwili wraca uśmiechnięty &#8211; znalazłem piękne miejsce! I faktycznie! Od tej pory Pawła nie opuszczał szósty zmysł umożliwiający wynajdowanie świetnych miejsc na nocleg!</p>
<p style="text-align: justify;">Rozbiliśmy biwak na sporej polanie, osłonięci drzewami od drogi. Dość szybko położyliśmy się spać, chociaż na ogół długo zasypiamy. Nowe miejsce, nowe emocje, trudy dnia, niewiadoma jutra &#8211; różne myśli chodziły po głowie. Leżę w namiocie, w pełnym komforcie cieplnym, jest nawet bardzo wygodnie. Wsłuchuję się w ciszę&#8230; cykają świerszcze, czasem powieje lekki wiaterek. Trzask-trzask. Pękła gałązka jakieś 30 metrów od mojego namiotu, który akurat był rozbity nieco bliżej linii lasu. Trzask. Co do diabła? Trzask&#8230; trzask&#8230;. bardzo powoli coś idzie łamiąc gałęzie. Andrzej, słyszysz to??? &#8211; Paweł pyta spokojnym ale lekko podniesionym głosem. Tak &#8211; odpowiadam, celowo znacznie głośniej niż powinienem. Może głosy ludzi przepłoszą to coś, co skrada się w naszą stronę. Cisza. Trzask. Trzask-trzask-trzask. Rozpinam namiot robiąc hałas zamkami błyskawicznymi. Włączam czołówkę i świecę raz na Pawła, raz w stronę lasu&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ciąg dalszy nastąpi&#8230;</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Tekst: Andrzej Butkiewicz</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2011/08/21/lukiem-karpat-rumunia-ukraina-polska-w-11-dni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa piesza z Łeby</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2010/09/27/wyprawa-piesza-z-leby/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2010/09/27/wyprawa-piesza-z-leby/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 27 Sep 2010 05:31:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rowery.gda.pl/?p=6631</guid>
		<description><![CDATA[
Galeria zdjęć
Zapowiadał się fajny 3 dniowy wypad w plener. Na kilka tygodni przed marszem zgłosiło się już kilku chętnych. Pogodę zapowiadali rewelacyjną. Wszystko wydawało się czekać i być gotowe na nasz lekki spacerek po plaży. A jak się skończyło – przeczytajcie sami.
Dzień pierwszy.
Pomimo iż sobie obiecałem nie sięgać po alkohol, rano budzimy się na mega kacu. Nerwowe [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-6637" href="http://rowery.gda.pl/2010/09/27/wyprawa-piesza-z-leby/obraz-1650/"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-6637" title="Obraz 1650" src="http://rowery.gda.pl/wp-content/uploads/2010/09/Obraz-1650-200x150.jpg" alt="" width="200" height="150" /></a></p>
<p><strong><span style="color: #008080;"><a href="http://picasaweb.google.pl/111445817998157251191/MarszLegionisty#" target="_blank">Galeria zdjęć</a></span></strong></p>
<p style="text-align: justify;">Zapowiadał się fajny 3 dniowy wypad w plener. Na kilka tygodni przed marszem zgłosiło się już kilku chętnych. Pogodę zapowiadali rewelacyjną. Wszystko wydawało się czekać i być gotowe na nasz lekki spacerek po plaży. A jak się skończyło – przeczytajcie sami.</p>
<p style="text-align: justify;">Dzień pierwszy.</p>
<p style="text-align: justify;">Pomimo iż sobie obiecałem nie sięgać po alkohol, rano budzimy się na mega kacu. Nerwowe ostatnie pakowanie i biegiem na autobus. Ten zamiast prosto do celu, czyli na miejsce zbiórki, wiezie nas na wycieczkę krajoznawczą po Gdańsku. Przemek ze zorganizowanym transportem czeka już na miejscu. W końcu wysiadamy. Niestety trzeba jeszcze spory kawałek przejść. Po dotarciu i zapoznaniu się całej ekipy, spakowani pędzimy autem do Łeby do baru HonoTu. Na miejscu nikt na nas nie czekał więc po wypiciu kawy i pożegnaniu naszego szofera, ruszamy. (wielkie dzięki Jolu za transport) Jest godzina 11h. słoneczko ostro przypala, więc po dotarciu na plażę wszyscy wprowadzają ostatnie poprawki w swoim ubiorze. Pierwsze trzy godziny minęły tak szybko że tego nie spostrzegliśmy. Szło się rewelacyjnie, nie za ciepło, nie za zimno. Przy samym brzegu piasek dość twardy, nie zakopywaliśmy się pomimo znacznego bagażu na plecach. Tu też zaznaczyć trzeba iż wiedza oraz doświadczenie Przemka zdecydowało iż miał o połowę mniej do dźwigania niż my. Niemniej też nie było mu lekko. Pierwsza przerwa. Wszyscy poczuliśmy nóżki i plecki. Dziesięć minut przerwy na oddech i ruszamy dalej. Po drodze kilka zdjęć przy zatopionym wraku „WEST STAR”. Następnie kolejna przerwa, ale tym razem dłuższa – na posiłek. Wchodzimy w ścieżkę pomiędzy wydmy, osłaniając się trochę od wiatru. Miejsce nie było jakieś specjalne ale pozwoliło spokojnie odpocząć i przygotować strawę. Tak posileni ruszyliśmy dalej. Ja i Przemek na boso bo pojawiły się odciski. Około 18h docieramy do okolic Białogóry, pokonując dystans 28km. Niestety ale miejscówki na nocleg musimy już szukać prawie po ciemku. Udaje się. Obozowisko rozkładamy około 30 minut. Pierwszy dzień dał nam dość mocno w kość. Osobiście przyznam się że w plecach czułem tysiąc małych igiełek. Najważniejsze jednak iż humor dopisywał. Szybko więc zapomnieliśmy o trudach i przystąpiliśmy do posiłku. Aby nie zostać przyłapanym na obozowaniu przez straż graniczną ognisko było niewielkie, a dodatkowo w dołku.Rozmowy trwały około 02:00.</p>
<p style="text-align: justify;">Dzień drugi.</p>
<p style="text-align: justify;">Pobudka 09:00, chwila na posiłek i zwijamy obozowisko. Na miejscu nie pozostawiliśmy najmniejszego śladu naszego pobytu. W szybkim tempie pokonujemy następne kilometry. Zrobiliśmy jedną dłuższą przerwę na kąpiel w morzu i ciepły posiłek. Nauczeni wczorajszym doświadczeniem połowę trasy znów na boso. Plecy znów zdrętwiałe, nogi jak po zawodach tragarzy. Ale z bananami na gębach pełni optymizmu maszerujemy. W Dębkach robimy dłuższą przerwę i uzupełniamy zapasy. Zmęczeni siedzimy stole jednego z barów. Wtem obok nas pojawia się miejscowy dziadek lubujący się jak to sam przyznał w niedrogich winach. Mocno stara się nawiązać z nami przyjazne stosunki. Przedstawia się jako Bin Laden z Dębek. Opowiada nam historie swojego życia. Co dodatkowo wzmaga nasze zmęczenie. Z odsieczą przybywa el Kapitano – właściciel oberży który ma na swoim ramieniu fantastyczna papugę. To wspaniałe ptaszysko przez moment daje nam radochę jak dzieciakom w zoo. Po kolei uwieczniamy się z nią na zdjęciu.</p>
<p style="text-align: justify;">El Kapitano w ramach gościny częstuje nas za darmo wielkim półmiskiem łososia w galarecie. Urządzając nam mega ucztę. Na koniec za dwadzieścia złotych kupujemy od naszego dobrodzieja mega wielki kawałek świeżego fileta z łososia. W prezencie dostajemy jeszcze oliwę z oliwek, cytrynę, bazylię, i szczypior czosnkowy. Mając taką zapowiedź kolacji wręcz pędzimy do miejsca noclegu. Które tej nocy zaplanowaliśmy w okolicach Karwieńskich Błot.</p>
<p style="text-align: justify;">Będąc już tuż przy celu naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Otóż tuż przy plaż wyrastał około dwudziestu metrowy klif. Wąską ścieżką prawie w pionie wdrapaliśmy się na małą polankę na jego szczycie. Osłonięci od lądu mniejszymi górkami i lasem napawaliśmy się przez 15 minut widokiem jaki mieliśmy przed oczami. Przyznam że to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem. Po rozbiciu obozowiska przystąpiliśmy do przygotowywania naszego łososia. W przerwie podziwialiśmy zachód słońca i wielki żaglowiec który ….. sami zobaczcie na zdjęciach. Łosoś smakował wyśmienicie. Rozszarpaliśmy go w minutę. Był niesamowicie syty. Gdy już rozmawialiśmy po kolacji nagle za naszymi placami usłyszeliśmy dziwny hałas. Dobiegł on zza naszych pleców i był naprawdę złowieszczy. Wybiegliśmy spod płachty. Jakub stwierdził że widział coś znacznych rozmiarów koloru biało czerwonego co w ułamku sekundy odskoczyło w las. Przeszukując obozowisko nie natknęliśmy się na żadne ślady. Dźwięk jaki usłyszeliśmy był irracjonalny do wytłumaczenia. Nagle w odległości około 30 metrów od nas zobaczyliśmy dwa małe światełka. Domyśliliśmy się iż to lis. Mocny strumień światła jednaj z czołówek potwierdził nasze przypuszczenie. Okazało się iż lisek został przez nas zwabiony naszym łososiem. Ale za to że nie podzieliliśmy się z nim ukradł nam siatkę z kiełbasą, przeznaczoną na ognisko. Stąd ten czerwono (rudy lis) biały (siatka) kolor. A dźwięk – fuknięcie lisa gdy się spłoszył. Lisek był jednak kiepskim złodziejaszkiem bo uciekając pogubił swoje fanty. Odzyskaliśmy więc kiełbachę, ale w dowód uznania dla jego odwagi dostał skórę z łososia i kawałek napieczonej kiełbasy. Ostatni dzień był najtrudniejszy. Dwie dłuższe przerwy i finał w Jastrzębiej Górze. Łącznie około 60 kilometrów. Plecy czuję do dziś. Odcisk na piecie długo mi zostanie. Ale jeszcze dłużej wspaniała przygoda i bardzo miło spędzony czas.</p>
<p style="text-align: justify;">Bardzo dziękuję za wzięcie udziału w tej wyprawie i choć nie dotarliśmy do Gdyni, Helu, a nawet Władysławowa, marsz uważam za bardzo udany. Szczególnie wielkie dzięki Przemkowi za wiedzę jaką nas zaraził, polecam wszystkim tego wspaniałego kompana podróży. Jakubowi za jego poczucie humoru, które nie opuszcza go przez 24h na dobę i które bardzo nam pomogło. Oraz Kubie za doborowe towarzystwo i wspaniałą wiedzę na temat zielarstwa. Plan zakładał pokonanie 30 kilometrów dziennie. Jednak ciężki ekwipunek wyczerpująca trasa brak doświadczenia i treningu, mocno zweryfikowały te założenia.</p>
<p style="text-align: justify;">Za rok na 100% planujemy przebyć trasę z Ustki na Hel w pięć dni. Chętnych zapraszam już dziś.</p>
<p style="text-align: justify;">Pozdrawiam</p>
<p style="text-align: justify;">&#8211;</p>
<p style="text-align: justify;">Pozdrawiam</p>
<p style="text-align: justify;">Michał Próchniewicz</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2010/09/27/wyprawa-piesza-z-leby/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rowerowa pasja</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2010/09/21/rowerowa-pasja/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2010/09/21/rowerowa-pasja/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Sep 2010 05:35:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rowery.gda.pl/?p=6492</guid>
		<description><![CDATA[
wejdź na blog
Co prawda w powijakach, ale już jest mój blog o wyprawie do Colorado: Jak na razie opisałem pierwszą część wyprawy. W blogu są też linki do galerii zdjęć.
Zapraszam do lektury i proszę o wyrozumiałość, bo to moje pierwsze podejście do tematu blogowania. Sugestie i komentarze są mile widziane.
Pozdrawiam,
Paweł Kudela
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-6493" href="http://rowery.gda.pl/2010/09/21/rowerowa-pasja/rowerowa-pasja/"><img class="alignleft size-medium wp-image-6493" title="rowerowa pasja" src="http://rowery.gda.pl/wp-content/uploads/2010/09/rowerowa-pasja-300x168.jpg" alt="" width="300" height="168" /></a></p>
<p><a href="http://pablogoral.blogspot.com/" target="_blank"><strong><span style="color: #008080;">wejdź na blog</span></strong></a></p>
<p>Co prawda w powijakach, ale już jest mój blog o wyprawie do Colorado: Jak na razie opisałem pierwszą część wyprawy. W blogu są też linki do galerii zdjęć.</p>
<p>Zapraszam do lektury i proszę o wyrozumiałość, bo to moje pierwsze podejście do tematu blogowania. Sugestie i komentarze są mile widziane.</p>
<p>Pozdrawiam,</p>
<p>Paweł Kudela</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2010/09/21/rowerowa-pasja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa na Biski Wschód</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2010/06/07/wyprawa-na-biski-wschod/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2010/06/07/wyprawa-na-biski-wschod/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 07 Jun 2010 17:10:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rowery.gda.pl/?p=5231</guid>
		<description><![CDATA[Galeria zdjęć  Dn.16 maja 2010 roku w samotną podróż wybrała się i nadal ją kontynuuje ,  moja kuzynka  Magda Sulima .Oczywiście jest to podróż rowerowa  na sprzęcie Meridy /notabene rower składał „Rudy „ / . Celem wyprawy jest Bliski Wschód. Swą  jazdę na rowerze rozpoczęła w Bejrucie, kierując się przez Liban, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><a rel="attachment wp-att-5232" href="http://rowery.gda.pl/2010/06/07/wyprawa-na-biski-wschod/img_5062/"><img class="alignleft size-medium wp-image-5232" title="IMG_5062" src="http://rowery.gda.pl/wp-content/uploads/2010/06/IMG_5062-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a><a href="http://picasaweb.google.com/magdalenasul/NewFolder3?authkey=Gv1sRgCOCq7NjFtO7baQ#" target="_blank"><strong><span style="color: #008000;">Galeria zdjęć</span></strong></a><strong><span style="color: #008000;"> </span></strong> Dn.16 maja 2010 roku w samotną podróż wybrała się i nadal ją kontynuuje ,  moja kuzynka  Magda Sulima .Oczywiście jest to podróż rowerowa  na sprzęcie Meridy /notabene rower składał „Rudy „ / . Celem wyprawy jest Bliski Wschód. Swą  jazdę na rowerze rozpoczęła w Bejrucie, kierując się przez Liban, Syrię, Jordanie, Iran  a zakończenie zaplanowane jest w Turcji na tureckim Lazurowym Wybrzeżu gdzieś w lipcu. Obecnie Magda jest w Jordanii. Kilka słów o Magdzie. Jest to młoda ambitna dziewczyna, kochająca podróże. Gdańszczanka. Ja bym powiedział że bardzo odważna osoba i  mająca swoje cele, wybierając się samotnie w tak daleką podróż. Wprawdzie nie jest to jej pierwsza  wyprawa gdyż na przełomie 2009/2010 roku  samotnie objechała wiele krajów Azji  zwiedzając Malezję, Tajlandię, Wietnam, Kambodżę.</p>
<p>Jak wróci  spróbuję ją namówić do napisania własnej relacji.</p>
<p>Życzę miłego oglądania zdjęć</p>
<p>Z upoważnienia Magdy Sulimy</p>
<p>Z. Szymczycha</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2010/06/07/wyprawa-na-biski-wschod/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pozdrowienia z Turcji</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2008/08/25/pozdrowienia-z-turcji/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2008/08/25/pozdrowienia-z-turcji/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 25 Aug 2008 11:55:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[Bulgaria]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[relacja]]></category>
		<category><![CDATA[Rumunia]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rajdyger.nazwa.pl/test/?p=1404</guid>
		<description><![CDATA[Wyprawa do Turcji &#8211; 2008/08/02 09:40 Mam zaszczyt poinformować GERowską Ekipę, iż dzisiaj ruszamy w podróż do Turcji. Wyjeżdżamy pociągiem z Gdyni Głównej o 23:25 do Krakowa, dalej autobusem do Budapesztu, tam 1 dzień regeneracyjny po 22h jazdy i pociągiem do Szeged, na południu Węgier. Stamtąd już na rowerach do Rumunii, później Bułgarii, Grecji i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><img class="alignleft size-medium wp-image-1405" title="turcja_logo" src="http://rajdyger.nazwa.pl/test/wp-content/uploads/2009/08/turcja_logo1-300x126.jpg" alt="turcja_logo" width="300" height="126" />Wyprawa do Turcji</strong> &#8211; <em>2008/08/02 09:40</em> Mam zaszczyt poinformować GERowską Ekipę, iż dzisiaj ruszamy w podróż do Turcji. Wyjeżdżamy pociągiem z Gdyni Głównej o 23:25 do Krakowa, dalej autobusem do Budapesztu, tam 1 dzień regeneracyjny po 22h jazdy i pociągiem do Szeged, na południu Węgier. Stamtąd już na rowerach do <strong>Rumunii</strong>, później <strong>Bułgarii, Grecji i Turcji.</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><!-- 		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } 		STRONG { font-weight: bold } 		EM { font-style: italic } 	--></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Mimo późnej pory startu gdyby nam chciał ktoś pomachać albo pomóc w zapakowaniu się do pociągu to w Gdyni pociąg jest już o 22:58, we Wrzeszczu na peronie będzie też ekipa pożegnalna (23:47), ale wychylić możemy się z okna wszędzie. Będziemy jechać wagonem rowerowym (1 przedział bez siedzeń, wagon się specjalnie nie wyróżnia poza narysowanym rowerem, w końcowej części składu. To chyba tyle, wyjazd planujemy na miesiąc, ale po wyjeździe jadę od razu bez wizyty w Gdańsku studiować za granicą, także do zobaczenia za pół roku. W miarę możliwości podeślę z trasy jakieś zdjęcia albo mini relacje. Po powrocie kolejny film&#8230;.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><strong>O:Wyprawa do Turcji</strong> &#8211; <em>2008/08/05 23:48</em> Skończyliśmy zwiedzanie Budapesztu, które w sumie zajęlo nam 2 dni (w tym 1 dzien odpoczywania, sprawdzania rowerów po podroży pociągiem i autobusem itp) i 1 dzień objazd miasta na rowerach w 6o osobowej ekipie. W Budapeszcie spotkaliśmy sie z 2 moimi kolegami, którzy akurat w tym terminie dojechali do Węgier z Polski. Dziś pożegnaliśmy ich nad Dunajem, a my mamy pobudkę o 6.30 i dalej pociągiem do Szeged i na rowery..<br />
Nie wiem kiedy kolejny raz uda sie dorwać do internetu, oby szybciej niż za miesiąc. Smsy dopingujace na: 505931883.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><strong>O:Wyprawa do Turcji</strong> &#8211; <em>2008/08/20 17:53</em> Udało sie dostać do netu. Jesteśmy w Grecji, za nami Rumunia i Bulgaria, aktualnie na budziku około 1300km. Powoli zbliżamy sie do Turcji. Jak na razie bez większych problemów<img src="http://rowery.gda.pl/components/com_joomlaboard/emoticons/wink.png" border="0" alt="" width="20" height="20" align="bottom" /><br />
W Rumunii fatalna jakość dróg, gorsze nawet niż w powiecie Wejherowskim, druzo szutru na glównych drogach krajowych! Ale ludzie nawet przyjaźni, tylko ta bieda wszędzie i cygani&#8230;<br />
W Bugarii drogi juz lepsze, ale coraz cieplej, odwiedziliśmy 2 klasztory w górach, najwyżej na nie calych 1200m npm. Strasznie tanio.<br />
Teraz jesteśmy w Grecji i zażywamy morskich kąpieli. Temperatura rośnie wraz z każdym kilometrem <img src="http://rowery.gda.pl/components/com_joomlaboard/emoticons/wink.png" border="0" alt="" width="20" height="20" align="bottom" /><br />
Pozdrowienia z Kavali</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><strong>O:Wyprawa do Turcji</strong> &#8211; <em>2008/08/23 14:12</em> Jedziemy w 4 osoby, materiał filmowy cały czas zbieramy. Wrzesień/październik może uda sie cos z tego zmontować. Jesteśmy juz tylko około 40-50km od granicy z Turcja. Juz przyzwyczailiśmy sie do temperatur 40 stopni w ciągu dnia, w cieniu. Dlatego od 12 do 16 robimy przerwy od jazdy, wieczorkiem jest tylko 33-34 stopni i jedzie sie druzo lepiej. Kto to widział żeby wstawać w wakacje o 7:30, ale jeśli pomyśle ze mam jechać w upale to wole wstać wcześniej.<br />
Dziś spaliśmy na bardzo fajnej plaży, rano kąpiel w morzu, poźniej przejazd szutrowa droga po skalistym wybrzeżu, w południe przerwa na mrożona kawę i godzinę internetu. echhh&#8230; dobra, po powrocie opublikuje może moja relacje. Zobaczę czy uda sie jakieś zdjęcia wrzucić&#8230;
</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">No to jesteśmy w Turcjı. Jutro w moje urodziny zdobywamy azjatycka część&#8230; będą kolejne punkty w teścıe na stan zaawansowana cyklozy za jazdę rowerem po innym kontynencie</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Adam Piotrowski</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">To niech Ci złożę już dziś najlepsze życzenia urodzinowe, dużo wytrwałości, dobrego samopoczucia i uśmiechu na buzi. Chyba nie tak dużo skończyłeś tych &#8220;roków&#8221;, skoro odjechałeś tak daleko od rodzinnego kraju<img src="http://rowery.gda.pl/components/com_joomlaboard/emoticons/grin.png" border="0" alt="" width="19" height="19" align="bottom" /><br />
Do tych życzeń dołącza się całyyyyyyyy GER<img src="http://rowery.gda.pl/components/com_joomlaboard/emoticons/wink.png" border="0" alt="" width="20" height="20" align="bottom" />
</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><span>No to azja mniejsza za nami. Pojechalismy najdalej na poludnie Turcji na ile nam czas pozwolil, zalıczylısmy polwysep Galıpolı, Troje, Aleksandrıe, Assos i pewnie jeszcze troche. Dojechalismy do İzmiru, to taki dwu-mılıonowy Sopot. Mieszka tam nasz kolega, wiec mielismy swıetnego przewodnıka. Dwa dni zwıedzalismy miasto i okolice &#8211; Efes oraz mıejsce ostatnıego pobytu Marii, Kulesıdaskıe plaze i ınne. Na koniec milego pobytu w İzmırze wpakowalismy sie w nocy z 4 rowerami w wypelnıony po brzegi ludzmi autobus i po 9h bylısmy w Istambule, skad teraz pisze. Jestesmy po 2 dniach i 1 nocy zwiedzania miasta. Jeszcze 1 dzien i poltorej nocy i o 4;40 nad ranem w czwartek wracamy. Podroz nie bedzie krotka a i nıe wıadomo czy z 4 rowerami w samolocıe nie bedzıe problemu. No to chyba tyle, dziekuje Mietku za zamieszczenıe zdjec i mini relacji. Po powrocıe wysle cos wiecej.<br />
Pozdrowe</span></p>
<table style="text-align: justify; height: 5px;" border="0" cellspacing="0" cellpadding="2" width="2">
<tbody>
<tr>
<td colspan="2" width="75"></td>
</tr>
<tr>
<td width="66"></td>
<td width="5" valign="top"></td>
</tr>
</tbody>
</table>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2008/08/25/pozdrowienia-z-turcji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Saaremaa na rowerze, czyli perła w</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2008/07/15/saaremaa-na-rowerze-czyli-perla-w-koronie-baltyku-2/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2008/07/15/saaremaa-na-rowerze-czyli-perla-w-koronie-baltyku-2/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 15 Jul 2008 17:05:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[Harilaid]]></category>
		<category><![CDATA[Kihelkonna]]></category>
		<category><![CDATA[Mõntu]]></category>
		<category><![CDATA[Ohessaare]]></category>
		<category><![CDATA[relacja]]></category>
		<category><![CDATA[Sääre]]></category>
		<category><![CDATA[Saaremaa]]></category>
		<category><![CDATA[Salme]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rajdyger.nazwa.pl/test/?p=2800</guid>
		<description><![CDATA[
Galeria zdjęć

Estońska wyspa Saaremaa leżąca we wschodniej części Bałtyku najbardziej znana jest polskim żeglarzom płynącym w kierunku Rygi, Tallina i Helsinek. Inni moi znajomi słysząc tę nazwę przypuszczają, że kraina ta znajduje się
w… dalekich egzotycznych stronach. 
Od czterech lat razem z Włodkiem Amerskim i Ryszardem Krawczykiem odwiedzamy na rowerach kolejne wyspy bałtyckie. Byliśmy już na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1><img class="alignleft size-medium wp-image-2801" title="1018" src="http://rajdyger.nazwa.pl/test/wp-content/uploads/2009/12/1018-300x225.jpg" alt="1018" width="300" height="225" /></h1>
<p><strong><a href="http://rajdyger.nazwa.pl/galeria/2008/saaremaa-na-rowerze/" target="_blank"><span style="text-decoration: none;">Galeria zdjęć</span></a><br />
</strong></p>
<p><strong>Estońska wyspa Saaremaa leżąca we wschodniej części Bałtyku najbardziej znana jest polskim żeglarzom płynącym w kierunku Rygi, Tallina i Helsinek. Inni moi znajomi słysząc tę nazwę przypuszczają, że kraina ta znajduje się<br />
w… dalekich egzotycznych stronach. </strong></p>
<p>Od czterech lat razem z Włodkiem Amerskim i Ryszardem Krawczykiem odwiedzamy na rowerach kolejne wyspy bałtyckie. Byliśmy już na Gotlandii, Alandach i Olandii. Teraz przyszła pora na Saaremę. Celem kolejnej wyprawy będzie Bornholm. Plan wizyt na pięciu wyspach nazywamy naszą „Koroną Bałtyku<strong>”. </strong>Brzmi to górnolotnie, ale „objechanie” największych wysp sprawi dodatkową satysfakcję.</p>
<p><strong>Z Polski w kierunku Saaremy jedziemy samochodem z rowerami na bagażniku.</strong> Po noclegu u naszego przyjaciela w gościnnym i magicznym domu nad Wigrami, przejechaniu Litwy, nocujemy w Ventspils na Łotwie. Stąd następnego dnia odpływa prom m/s Scania na Saaremę. Samochód zostaje na parkingu strzeżonym.</p>
<p>Przez sześć dni „objeżdżamy” zachodnią część wyspy. Dzienne odcinki mają od 50 do 70 km, a na mecie licznik pokazuje 376 km.</p>
<p><strong>1. dzień</strong></p>
<p>Po południu m/s Scania przybija do nabrzeża w<strong> Mõntu, </strong>na półwyspie<strong> </strong>Sörve (<em><span>Sõrve poolsaar</span></em>). Robię pamiątkowe zdjęcie z podniesioną furtą dziobową promu w tle<br />
i wyruszamy do latarni morskiej w <strong>Sääre, </strong>a następnie w<strong> </strong>kierunku klifu <strong>Ohessaare.</strong></p>
<p>Po drodze naszą uwagę zwraca kamienna plaża, na której są setki kopczyków. Tak bardzo dużej ich ilości, w jednym miejscu, nigdzie nie widziałem. Nie mają one jednak żadnego związku z dawnymi wierzeniami czy praktykami rytualnymi.<br />
Są jedynie formą zabawy i rodzajem sztuki zwanej „rock balancing”. A może<br />
to również urokliwe miejsce powoduje, że odwiedzający je turyści chcą zostawić świadka swoich doznań i emocji? Dokładam „swój” kamień na najwyższy kopiec,<br />
aby patrzył na inne z góry… Niedaleko kamienistej plaży natrafiamy na kolejną atrakcję – dobrze zachowany pojedynczy stary wiatrak. Na całej wyspie jest ich znacznie więcej, dlatego Saaremaa nazywana jest „wyspą wiatraków”. Współczesnym elektrowniom wiatrowym, które mijamy, brakuje romantyzmu, ale są kontynuacją wiekowej tradycji.</p>
<p><strong>Większość dróg na wyspie</strong> ma nawierzchnię szutrową. Mankamentem są tumany wapiennego pyłu ciągnące się za każdym samochodem. Zanim wjadę w ciągnącą się za autem białą chmurę, nabieram dużo powietrza i czekam, aż się nieco przerzedzi. Całe szczęście, że ruch samochodowy jest niewielki. Ze względu na nawierzchnie szutrowe, przed wyjazdem, zakładam opony Author Betele Juice Kevlar. Wcześniej wypróbowałem je podczas maratonów MTB. Są lekkie i mają niski opór toczenia. Okazały się bardzo przydatne zwłaszcza podczas jazdy po zalanej deszczem szutrowej nawierzchni oraz krętymi, często podmokłymi, duktami leśnymi.</p>
<p>Wieczorem, jesteśmy we wsi <strong>Salme.</strong> „Wieczór” to określenie dosyć umowne, bo na początku lipca zmrok zaczyna zapadać dopiero około 22.30. W miejscowym sklepie uzupełniamy prowiant. Jest dobrze zaopatrzony i czynny we wszystkie dni tygodnia. Ceny są zbliżone do polskich, tylko w niektórych wypadkach nieco wyższe.</p>
<p>Pierwszy nocleg na wyspie – Kamping Tehumardi w pobliżu Salme &#8211; namiot rozbijam blisko kuchni, bo jestem już głodny. Pełne wyposażenie (garnki, talerze, sztućce) ułatwia i przyspiesza przygotowanie posiłku.</p>
<p><strong>2. dzień</strong></p>
<p>Od rana zaczyna padać. Po kliku godzinach jesteśmy nie tylko mokrzy, ale<br />
i kompletnie zachlapani błotem. Mamy szczęście, po drodze, spotykamy Maarikę Tomel, która pracuje w organizacji turystycznej promującej aktywny wypoczynek<br />
i dziedzictwo kulturowe Saaremy. Maarika poleca hostel w <strong>Kihelkonna</strong> i telefonicznie zapowiada nasz przyjazd.</p>
<p>W przerwie między kolejnymi opadami deszczu objeżdżamy okolicę. Kościół z XIII wieku w Kihelkonna jest jednym z największych i najstarszych obiektów sakralnych<br />
w całej Estonii. Właśnie trwają prace konserwatorskie. Spod delikatnie zeskrobywanych warstw farb ukazują się dawne zdobienia. Z wieży kościoła rozciąga się widok na otaczające wieś lasy i odległą zatokę. Wiele obiecujemy sobie po wizycie w znajdującym się niedaleko małym porcie. Niestety, przy nabrzeżu stoją stare obiekty przetwórni ryb i zdewastowane instalacje do ich transportu bezpośrednio z kutra. Okazuje się, że wszystkie jednostki pływające są w morzu.</p>
<p><strong>3. dzień</strong></p>
<p>Schronisko, w którym spędziliśmy noc nie ma stałej obsługi, dlatego przed wyruszeniem w dalszą drogę odwiedzamy Maarikę, aby oddać klucze. Korzystamy<br />
z zaproszenia na kawę i ciasto. Naszą uwagę zwracają flądry suszące się<br />
na sznurze w ogródku. Pokrojone w paski są miejscową przekąską do piwa. Przy okazji uczymy się prawidłowego wymawiania estońskich nazw i imion – podwójne samogłoski – jak np. aa w imieniu Maarika wymawia się jako długie „a”.</p>
<p>Celem etapu jest leżący na północnym-zachodzie półwysep <strong>Harilaid </strong>na terenie Parku Narodowego Vilsandi. Na samym cyplu znajduje się krzywa latarnia morska <strong>Kiipsaare. </strong>Około 3 kilometry przed latarnią zmotoryzowani muszą zostawić swoje pojazdy na parkingu i dalszy odcinek pokonać pieszo. Mamy małą satysfakcję,<br />
że jesteśmy szybsi, ale do czasu… kiedy zacznie się totalny piach i rowery bierzemy na „pych”. Zza wydmy widzimy już latarnię. Jest nieczynna, stoi w wodzie około kilkunastu metrów od brzegu. A jeszcze w 1997 roku była na plaży. Pochyla się<br />
z szacunkiem w kierunku morza, które odebrało jej ląd. Wybudowana w 1933 roku stała 25 metrów od brzegu. Przekonujemy się o potędze sił natury.</p>
<p><strong>4. dzień</strong></p>
<p>Po lekkim śniadaniu wyruszamy w drogę. Pierwszy przystanek wypada po kilkunastu kilometrach w porcie <strong>Veere, </strong>gdzie zjadamy obiad. W menu są dania podobne<br />
do takich jak w Polsce – kotlet wieprzowy, smażona flądra i kiełbaska z frytkami.</p>
<p>Dalsza trasa prowadzi zachodnim brzegiem Zatoki Tagalaht i następnie przez <strong>Mustjala</strong> do <strong>Tagaranna</strong>. Ponad 50 km asfaltem sprawia, że cel osiągamy „przed czasem”. Jest to doskonałą okazją do spokojnego objechania cypla <strong>Ninase</strong>. Czas<br />
na spacer po klifie, zbudowanie kamiennego kopczyka na pobliskiej plaży<br />
i oddychanie bałtycką bryzą. W okolicy jest wiele domków letniskowych, które prawdopodobnie zaludniają się tylko w weekendy – generalnie jest dosyć pusto. Nocujemy w namiotach na kampingu Ninase Puhkeküla. Jesteśmy, oprócz małżeństwa zajmującego jeden z kilkunastu domków, jedynymi jego gośćmi.</p>
<p><strong>5. dzień</strong></p>
<p>Jedziemy drogą wzdłuż morza po zachodniej stronie półwyspu, brzegami zatok <strong>Kugalepa</strong>, <strong>Lõuka</strong> i <strong>Tagalaht</strong>. Trasa jest bardzo urozmaicona. Czasami prowadzi drogą gruntową, czasami skrajem kamienistej plaży lub obok bagna<br />
z kałużami sięgającymi niemal do suportu. Jazda brzegiem morza oraz piękne widoki są najlepszą nagrodą za nudne odcinki asfaltu. Po kilkunastu kilometrach, już<br />
w lesie, zza zakrętu wyłania się Citroën Berlingo ze znaczkiem PL na tablicy rejestracyjnej. Podróżuje w nim czteroosobowa rodzina wracająca z Finlandii.<br />
Są jedynymi ludźmi jakich spotykamy na odcinku ponad 20 kilometrów. Po kilku kilometrach trafiamy na biwak z namiotem naszych znajomych, ze stojącym obok bukietem leśnych kwiatów w puszce po piwie… Żubr.</p>
<p>Miejsca przeznaczone do biwakowania, oznaczone na mapach, często są wyposażone w wiatę lub zadaszony stół oraz stalowe palenisko do grillowania. Podczas naszej podróży nie korzystamy z nich, ale warto o nich pamiętać, gdy zajdzie potrzeba noclegu z dala od osad ludzkich podczas np. załamania pogody.</p>
<p>Bar na kampingu nad Jeziorem <strong>Karujärv</strong> jest miejscem odpoczynku. Jezioro Niedźwiedzie, bo tak się zwie, wymieniane jest w informatorach, jako jedna z atrakcji turystycznych wyspy. Prawdopodobnie, zdecydował o tym jego wiek, określany na ponad osiem tysięcy lat, oraz legendarna walka siedmiu niedźwiedzi o, położone wśród lasów, miejsce. Niczym innym nie da się tego wytłumaczyć…</p>
<p>Noc w stolicy wyspy Kureesaare spędzamy w schronisku młodzieżowym. Wcześniej przejażdżka do mariny, wokół zamku biskupiego i główną ulicą Lossi. Właśnie tutaj<br />
w kawiarnianych ogródkach, niedaleko ratusza, koncentruje się wieczorne życie towarzyskie. Miasto jest zadbane, czyste, a jego wygląd niepodobny do wcześniej odwiedzanych, prowincjonalnych miasteczek.</p>
<p><strong>6. dzień</strong></p>
<p>Targ w samym centrum Kureesaare ułatwia poznanie codziennego życia jego mieszkańców. Można tam kupić m.in. owoce, warzywa, odzież i świeże ryby.<br />
Są również wyroby miejscowego rękodzieła wykonane głównie z drewna &#8211; łyżki, cebrzyki oraz różnego rodzaju podstawki i deski. Typowe pamiątki dla turystów mają wypalone charakterystyczne dla wyspy wiatraki, latarnie morskie i żaglowce.</p>
<p>Najważniejszym zabytkiem w <strong>Kuressaare</strong> jest były zamek biskupi pochodzący<br />
z końca XIV wieku. Na przełomie XIV i XV wieku, został otoczony 625 metrowym murem o wysokości 7 metrów, którego część zachowała się do dzisiaj. Dostępu<br />
do warowni broni również fosa i znajdujące się nad nią cztery bastiony. Jest to jeden z lepiej zachowanych, w Krajach Bałtyckich, średniowiecznych zamków. W jego wnętrzach znajduje się muzeum z ekspozycjami opowiadającymi m.in. o historii wyspy (od czasów prehistorycznych do odzyskanie niepodległości 20 sierpnia 1991 roku), etnografii i przyrodzie.</p>
<p>Po zwiedzeniu zamku na dziedzińcu, spotykamy przemiłą warszawiankę<br />
z dorastającym synem. Są w trakcie wyprawy samochodowej dookoła Bałtyku. Rowery wiozą na bagażniku, aby ułatwić sobie poruszanie się po okolicy. Dzięki wspólnej rowerowej pasji i chęci ulżenia w pedałowaniu, dostajemy propozycję przewiezienia nas samochodem wraz z rowerami na metę kolejnego etapu. Niewiele brakowało, a skorzystalibyśmy z okazji, ale dzięki zdecydowanej postawie Rysia, opieramy się urokowi nowo poznanej koleżanki i wyprawa rowerowa zostaje uratowana. Na „własnych” kołach pokonujemy ostatnie 50 km i w ten sposób zamykamy „pętlę” Saaremy. Podczas wieczornego podsumowania dnia i całej podróży w barze obok latarni morskiej <strong>Sääre</strong>, uroczyście nadajemy Rysiowi przydomek „Twardziel”.</p>
<p>Ostatni nocleg spędzamy w namiotach, jako jedyny podczas całej wyprawy,<br />
na „dziko”.</p>
<p><strong>7. dzień </strong></p>
<p>O świcie budzą mnie krzykliwe mewy, dlatego idę na spacer po plaży. Uwagę zwracam na kamyczki z otworkami i wgłębieniami. Może to być spowodowane zarówno wietrzeniem wapiennych kamyków jak i obecnością tzw. skałotoczy –organizmów żywych, które szukając schronienia drążą jamki w skałach. Nietypowe okazy zabieram na pamiątkę, aby oprócz wspomnień mieć w domu „kawałek” wyspy.</p>
<p>Z <strong>Sääre</strong> do przystani promowej w <strong>Mõntu</strong> jest tylko 9 kilometrów. <strong>m/s Scania<br />
</strong>od wczoraj czeka na pasażerów. A nas, czekają jeszcze 4 godziny rejsu, 8 godzin samochodem i z powrotem jesteśmy w gościnnym, magicznym domu nad Wigrami. Magicznym, bo jest tam m.in. skrzypiąca drewniana podłoga i piec kaflowy w kuchni, na którym sypia gospodarz.</p>
<p><strong>SAAREMAA </strong>– druga co do wielkości wyspa na Bałtyku (po Gotlandii) ma powierzchnię 2673 km2. Położona jest we wschodniej części Morza Bałtyckiego<br />
u ujścia Zatoki Ryskiej. Na Saaremie mieszka ponad 36 000 osób, z czego około 16 000 osób w stolicy wyspy Kuressaare. Estończycy stanowią 98% mieszkańców, Rosjanie 1,2%, reszta to m.in. Finowie i Ukraińcy. Wyspa zbudowana jest z wapieni, ma charakter nizinny (średnia wysokość ok. 25 m.n.p.m.), lasy zajmują około połowę powierzchni. Klimat umiarkowany morski, średnia temperatura w lecie +19 st. C, zimą -1 st. C. Najwięcej osób zatrudnionych jest w przemyśle cementowym<br />
i budownictwie, ale rozwija się również w rolnictwo i rybołówstwo. Coraz większego znaczenia nabiera turystyka. Co roku wyspę odwiedza ponad 200 000 tysięcy turystów, 30% stanowią obcokrajowcy &#8211; głównie Skandynawowie, Niemcy oraz mieszkańcy Krajów Bałtyckich.</p>
<p><strong>Warto wiedzieć</strong></p>
<p><strong>Prom m/s Scania między Ventspils (Łotwa) i Mõntu na Saaremie</strong> kursuje tylko<br />
od 30 maja do 31 sierpnia. Rejsy nie są codziennie, dlatego warto to sprawdzić. <strong>m/s Scania </strong>ma 74 m długości i prawie 17 metrów szerokości. Zabiera 300 pasażerów<br />
i 60 samochodów. Podróż trwa około 4 godziny. Na promie jest restauracja, samoobsługowe bistro oraz sklepik z pamiątkami, słodyczami i napojami. W kasie można dokonać wymiany walut &#8211; Euro na Korony Estońskie (EEK) oraz waluty Krajów Bałtyckich. W stoisku informacyjnym są aktualne katalogi i mapy Saaremy.</p>
<p><strong>autor : Wojciech Choina </strong></p>
<p><strong>foto: Włodzimierz Amerski, Wojciech Choina </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2008/07/15/saaremaa-na-rowerze-czyli-perla-w-koronie-baltyku-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gotlandia &#8211; woda, wiatr i słońce</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2008/07/05/gotlandia-woda-wiatr-i-slonce/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2008/07/05/gotlandia-woda-wiatr-i-slonce/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 05 Jul 2008 14:55:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[Gamlahamm]]></category>
		<category><![CDATA[Nynashamn]]></category>
		<category><![CDATA[relacja]]></category>
		<category><![CDATA[Visby]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rajdyger.nazwa.pl/test/?p=1077</guid>
		<description><![CDATA[
Galeria zdjęć
Ta szwedzka wyspa jest wprawdzie mniej znana wśród polskich turystów niż duński Bornholm, ale równie interesująca. Wyspę zamieszkałą, na co dzień, przez blisko 58 tys. osób, co roku odwiedza bez mała milion turystów. Przyciągają ich tutaj małe przycupnięte na brzegu osady rybackie, nieskażona surowa przyroda oraz panujący wokoło spokój. Tutaj można godzinami wsłuchiwać się w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong><img class="alignleft size-medium wp-image-1081" title="gotlandia-1" src="http://rajdyger.nazwa.pl/test/wp-content/uploads/2009/08/gotlandia-11-300x166.jpg" alt="gotlandia-1" width="300" height="166" /></strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><a href="http://rajdyger.nazwa.pl/galeria/2008/Gotlandia/" target="_blank"><span style="text-decoration: none;">Galeria zdjęć</span></a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong>Ta szwedzka wyspa jest wprawdzie mniej znana wśród polskich turystów niż duński Bornholm, ale równie interesująca. Wyspę zamieszkałą, na co dzień, przez blisko 58 tys. osób, co roku odwiedza bez mała milion turystów. Przyciągają ich tutaj małe przycupnięte na brzegu osady rybackie, nieskażona surowa przyroda oraz panujący wokoło spokój. Tutaj można godzinami wsłuchiwać się w szum fal rozbijanych o kamienne brzegi lub poleżeć na piaszczystej plaży.</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Razem z dwoma kolegami postanowiliśmy odwiedzić tę wyspę. Ze względu na wspólne zamiłowanie do aktywnego wypoczynku, wybieramy <strong>rowery jako środek lokomocji</strong>. Dzięki temu zobaczymy to, co dla zmotoryzowanego turysty jest niedostępne, będziemy mieli dużo ruchu i nieograniczony kontakt z przyrodą. W Gdańsku wprowadzamy rowery na prom m/f „Scandinavia” i wypływamy w podróż. Rowery wyposażone są w sakwy z ekwipunkiem biwakowym i niewielkim zapasem prowiantu. Następnego dnia, po przesiadce w Nynashamn na prom Destination Gotland, docieramy do Visby. Przed nami siedem dni „rowerowania” i czas na poznanie atrakcji i zakątków wyspy.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong>Visby</strong> &#8211; stolica Gotlandii jest fascynującym miastem pełnym urokliwych kamienic, tajemniczych zaułków i wąskich uliczek. Wieczorami rozbrzmiewa gwar dobiegający z rozświetlonych knajpek i tawern, a w powietrzu unosi się zapach pieczonej jagnięciny – specjalności miejscowych kucharzy. Szczególnego kolorytu miasto nabiera tylko w jedynym tygodniu (32) w roku &#8211; tradycyjnie na początku sierpnia odbywa się tam <strong>„Tydzień Średniowiecza” </strong>- właśnie to zadecydowało o wyborze terminu naszej podróży. Z tej okazji na wyspę przybywają licznie zastępy rycerskie, właściciele kramów oraz grupy muzykantów i kuglarzy. Przez cały tydzień odbywają się turnieje, zawody strzeleckie oraz biesiady i pląsy. Wiele osób przebranych w średniowieczne stroje paraduje ulicami niczym na pokazie mody. Małe dzieci w zgrzebnych koszulkach śpią w drewnianych wózkach ciągniętych przez podobnie ubranych rodziców. Średniowieczne szaty nie przeszkadzają oczywiście w korzystaniu z telefonów komórkowych i wyciąganiu pieniędzy z bankomatu, a nie sakiewki.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Zabytkowe miasteczko otoczone jest blisko 3,5 kilometrowym murem o wysokości 11 metrów z trzema okazałymi bramami i 36 wieżami. Fortyfikacja ta miała chronić mieszkańców zarówno przed najeźdźcami z zewnątrz jak i, w razie potrzeby, przed buntującą się ludnością zamieszkującą wyspę. Wszędzie widać czasy świetności tego hanzeatyckiego miasta, którego najstarsze budowle i ruiny pochodzą z XII i XIII wieku. Wewnętrzna część miasta została wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Po zwiedzeniu Visby, kupieniu pamiątek na „średniowiecznym” targowisku i obejrzeniu turnieju strzelania z łuku udajemy się wzdłuż zachodniego wybrzeża na północ. Niezbyt ruchliwe asfaltowe drogi oraz szutrowe trakty zachęcają do uprawiania turystyki rowerowej. Często spotykamy podobne grupki cyklistów i wymieniamy przyjazne „Hey!”.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Po dwóch dniach jazdy i biwakach spędzanych w malowniczych wioskach rybackich (okolice osad Ireviken i Ar) docieramy do Farosund. Stąd przez wąską cieśninę o takiej samej nazwie przeprawiamy się promem na wyspę <strong>Faro</strong>. Krajobraz tej małej wysepki, zwanej też Owczą, jest bardziej surowy. Są tam niewielkie lasy sosnowe, karłowate krzewy oraz rozległe pastwiska, na których pasą się stada owiec. Charakterystyczny widok to także wiatraki i kamienne mury ułożone na granicach posiadłości. Zapewne swoiste piękno okolicy i klimat tajemniczości zdecydowały o wyborze osady Hammars przez Ingmara Bergmana na miejsce letniego domu.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Wybrzeże Faro jest bardzo zróżnicowane. W okolicy Sundersand znajdują się jedne z piękniejszych w Szwecji piaszczyste plaże, a „wybrukowane” kamykami brzegi rozciągają się w okolicy latarni morskiej Faro fyr. Właśnie w jej pobliżu decydujemy się rozbić namioty na nocleg. Usypia nas, dobiegający z oddali, jednostajny szum fal, który przypomina przejeżdżające pociągi. Kolejny dzień przynosi nowe wrażenia. Cudem natury są kilkunastometrowe wapienne ostańce w kształcie maczug, znajdujące się w rezerwacie <strong>Langhammars</strong> na północnym cyplu Faro. W innym rezerwacie w okolicy <strong>Gamlahamm</strong> wyrzeźbione przez wiatr i wodę kamienne posągi wyglądają niczym zamarłe w bezruchu prehistoryczne stwory.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">W drodze powrotnej z Faro do Visby jadąc wschodnim wybrzeżem zwiedzamy w Bunge niewielki skansen – rodzaj gospodarstwa, gdzie pokazano życie tutejszych mieszkańców między XVII i XIX wiekiem. W małym porcie w Slite polecamy wizytę w barze rybnym. Nam udało się trafić na pyszne i pięknie pachnące flądry prosto z wędzarni.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Jeszcze jeden nocleg na brzegu malowniczej zatoki w okolicy Vike i zaczynamy kierować się do Visby. Przejeżdżamy przez centralną część wyspy, która jest całkiem inna niż ta na północy. Czasami przypomina polski krajobraz z polami buraków cukrowych i stadami pasących się krów. Ostatni nocleg spędzamy w miejscowości Romakloster w hoteliku typu bed&amp;breakfest, aby na zakończenie zaznać nieco luksusu. Pomimo to, nie wysypiamy się, brakuje nam wieczornego szumu morza i promieni porannego słońca wpadających do namiotu.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Ostatniego dnia jedziemy do Visby, zaglądając po drodze do kilku kościołów. Na wyspie jest ich ponad dziewięćdziesiąt. Budowano je w latach 1100 -1350. Do 1250 roku w stylu romańskim, a następnie gotyckim.<span style="color: #0000ff;"> </span>Pierwsze drewniane kościoły budowano po dotarciu Chrześcijaństwa na wyspę w XI wieku, aby w dwunastym stuleciu rozpocząć budowę, stojących do dziś, obiektów z kamienia. Dopiero po ponad 600 latach przerwy – w 1960 roku – wybudowano pierwszy nowy kościół w Slite. W 1984 r. powołano do życia fundację mającą na celu konserwację i opiekę nad wszystkimi obiektami sakralnymi na wyspie.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Po siedmiu dniach i objechaniu rowerami północnej części wyspy ponownie jesteśmy w Visby. Na zakończenie „Tygodnia Średniowiecza” oglądamy na błoniach finałowe walki i pokazy rycerzy, a wieczorem bierzemy udział w wielkiej biesiadzie na rynku Starego Miasta. Za stołami zasiadło prawie 700 osób i popijając winem pieczoną jagnięcinę oglądamy historyczne widowisko, okraszone występami skąpo ubranych tancerek i „połykaczy” ognia. To wszystko w rytm muzyki, którą z czasów swojej świetności dobrze pamiętały zabytkowe kamienice i budowle otaczające rynek. Po trwającej prawie całą noc zabawie, wsiadamy na prom i po przesiadce w Nynashamn wracamy do Gdańska. Ze sobą przywozimy bagaż wrażeń i wspomnień oraz prawie 450 kilometrów w „nogach”.</p>
<p>Gotlandia – największa wyspa na Bałtyku ma powierzchnię 3140 km2, położona jest w odległości 90 km na wschód od półwyspu skandynawskiego. Ma 176 km długości i 56 km szerokości. Długość linii brzegowej, łącznie z wyspą Faro, wynosi 800 km. Najwyższe wzniesienie &#8211; 83 m n.p.m. Ludność zajmuje się głównie rybołówstwem, rolnictwem i rękodziełem. Największa w Szwecji liczba słonecznych dni zachęca Szwedów z lądu nie tylko spędzania wakacji. Ślady osadnictwa pochodzą sprzed 7000 lat. Przez wieki panowali tu wikingowie, po nich Niemcy i Duńczycy, a od 1645 roku wyspa należy do Szwecji</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><span style="font-size: x-small;"><strong>Uczestnicy wyprawy: </strong></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><span style="font-size: x-small;"><strong>Włodzimierz Amerski, </strong></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><span style="font-size: x-small;"><strong>Wojciech Choina, </strong></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><span style="font-size: x-small;"><strong>Ryszard Krawczyk. </strong></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><span style="font-size: x-small;"><strong>autor : Wojciech Choina </strong></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong><span style="font-size: x-small;">foto:   Włodzimierz Amerski, Wojciech Choina </span></strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">asfalt=max</p>
<p>dystans=400</p>
<p>kondycja=normalna</p>
<p>profil=niski</p>
<p>trud=niski</p>
<p>m=Visby</p>
<p>m=<span><a id="post_tag-check-num-0"></a></span><span> Gamlahamm</span></p>
<p>m=Nynashamn</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">atrakcja=morze</p>
<p>typ=rowerowy</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong><span style="font-size: x-small;"><br />
</span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2008/07/05/gotlandia-woda-wiatr-i-slonce/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa rowerowa do Turcji</title>
		<link>http://rowery.gda.pl/2008/07/04/wyprawa-rowerowa-do-turcji/</link>
		<comments>http://rowery.gda.pl/2008/07/04/wyprawa-rowerowa-do-turcji/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 04 Jul 2008 19:45:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[Bulgaria]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Rumunia]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[Węgry]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://rajdyger.nazwa.pl/test/?p=525</guid>
		<description><![CDATA[
Galeria zdjęć
W sierpniu 2008 roku pojechaliśmy rowerami przez Półwysep Bałkański do Azji Mniejszej (ekipa: Karolina Fari, Adam Piotrowski, Adam Zwarra, Janek Kruszewski). Kraje jakie odwiedziliśmy po drodze to: Węgry, Rumunia, Bułgaria, Grecja i Turcja. Cały wyjazd zajął nam 4 tygodnie, w czasie których przejechaliśmy około 2200km.
Węgry: spotkanie wszystkich uczestników w Budapeszcie. Spędziliśmy parę dni w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-medium wp-image-526" title="turcja_logo" src="http://rajdyger.nazwa.pl/test/wp-content/uploads/2009/08/turcja_logo-300x126.jpg" alt="turcja_logo" width="300" height="126" /></p>
<p><a href="http://rajdyger.nazwa.pl/galeria/2008/WyprawadoTurcji/" target="_blank">Galeria zdjęć</a></p>
<p>W sierpniu 2008 roku pojechaliśmy rowerami przez Półwysep Bałkański do Azji Mniejszej (ekipa: Karolina Fari, Adam Piotrowski, Adam Zwarra, Janek Kruszewski). Kraje jakie odwiedziliśmy po drodze to: <strong>Węgry, Rumunia, Bułgaria, Grecja i Turcja</strong>. Cały wyjazd zajął nam 4 tygodnie, w czasie których przejechaliśmy około 2200km.</p>
<p><strong>Węgry</strong>: spotkanie wszystkich uczestników w Budapeszcie. Spędziliśmy parę dni w stolicy, zwiedzając między innymi Wzgórze Zamkowe, Wzgórze Gellerta, Parlament, Wyspę Małgorzaty i kilka innych miejsc, próbując lokalnych specjałów. Z Budapesztu do Szeged na południu kraju pojechaliśmy pociągiem. Tam zaczęła się nasza rowerowa przygoda. Z Szeged do granicy z Rumunią nie było daleko, a po drodze spotkaliśmy nawet ścieżkę rowerową, jak się później okazało jedną z nielicznych na naszej trasie.</p>
<p><strong>Rumunia</strong>: na powitanie nas w kraju Dacii i dziurawego asfaltu ktoś podpalił pole tuż za przejściem granicznym. To zaowocowało ogromną ścianą dymu, którą musieliśmy przekroczyć, by poznać inne dziwactwa tego unijnego (!!?!) kraju. Zwiedziliśmy miasto Temesvar nazwane przez Rumunów Timisoara. Można by przytoczyć pewną ciekawostkę, jak to Rumuni chwalą się jakością węgierskiego piwa, ale nie ma tu na to miejsca. Inną interesującą sprawą była rozmowa w sklepiku w wiosce Tarmac, wiosce oddalonej o kilkanaście kilometrów od jakiejkolwiek innej cywilizacji, wiosce gdzie kończy się asfalt a domy wyglądają jakby miały się za chwilę zawalić, wiosce gdzie 2/3 samochodów to stare Dacie a przynajmniej połowa mieszkańców to Cyganie (swoją drogą co druga wioska tak wygląda). Spotkaliśmy tam jedyną w Rumunii osobę mówiącą płynnie po angielsku. Nie trzeba chyba nadmieniać, że była to Węgierka a nie Rumunka.</p>
<p>Wioska Tarmac (z ang. asfalt) długo pozostanie nam w pamięci jako motyw końca asfaltu, który powtarzał się niejednokrotnie i to nie tylko na bocznych drogach, a na głównych krajowych szosach. Apropo nawierzchni, to jeżeli już jakaś była, to albo były koleiny, czasami tak wysokie, że można o nie oprzeć rower, albo ilość łat przekraczała ilość oryginalnego asfaltu a mimo to dziur było więcej niż na drogach w powiecie Wejherowskim.</p>
<p>Jednak trzeba również powiedzieć o gościnności rumuńskich mieszkańców, nie jeden raz nocowaliśmy u kogoś w domu albo ogrodzie, a najlepsza była chyba ucieczka przed burzą (jedynym deszczem podczas tych 4 tygodni). Jechaliśmy sobie spokojnie boczną szosą, gdy nagle zaczęły się zbierać chmury, niby nic, zaczęło silnie wiać i grzmieć. Jechaliśmy na otwartej przestrzeni, liście i mniejsze gałęzie latały nam między kołami. Nadlatujące chmury miały kolor bardziej zbliżony do czarnego niż szarego. Silny i porwisty wiatr zrzucał nas na środek szosy, którą od czasu do czasu pędziły trąbiące Dacie lub inne klekoczące samochody. Z nielicznych drzew spadały gałęzie, a my w oddali widzieliśmy już jakąś wioskę. Wpadliśmy do wioski, pytając jedyną niecygańską istotę w tej wiosce o jakąś możliwość schronienia przed burzą. Udało się.</p>
<p>Kolejnym elementem przejazdu przez Rumunię było przebicie się przez nie tak wysokie, aczkolwiek pozbawione asfaltowych dróg góry. Zaliczyliśmy dwie przełęcze, których nazw nie pamiętam, a może nie istnieją. Zjazdy były wyboiste i pewnie przez nie musiałem wymienić ze 3 szprychy. Następny etap był to przejazd wzdłuż przełomu Dunaju. Jakże malowniczy i zaskakujący. Droga czasami była tylko półką wykłutą w skale, a czasami wspinała się na okoliczne pasma. W każdej zatoczce jakiś samochód i wędkarze. Ku naszemu zaskoczeniu Rumuni preferują dzikie kempingi, a czasami rozbijanie namiotu na poboczu szosy – pół metra od pędzących samochodów. W nocy straż graniczna wypatrująca uciekinierów przekraczających na malutkich łodziach Dunaj, stanowiący granicę między Serbią a Rumunią. Czasami asfalt, czasami szutr, czasami nowiutkie barierki, czasami przepaść wprost do Dunaju. Chyba nic więcej ciekawego w Rumunii nie widzieliśmy.</p>
<p><strong>Bułgaria</strong>: przepływamy do niej promem. Pierwsze miasto tuż za granicą to Vidin, wszędzie wielkie sypiące się blokowiska, zniknęły już Dacie. Zaspa i Przymorze to dzielnice willowe. Na szczęście były to tylko złe dobrego początki. Ceny w sklepach kosmicznie niskie, szczególnie w małych wioskach. Krajobrazy z każdym kilometrem ciekawsze i coraz bardziej pustynne. Temperatury niestety też. Pokonujemy przełęcz, a za nią serpentyniasty zjazd, niezliczona ilość zakrętów i zrobionych zdjęć, jedna wyprzedzona ciężarówka, czego niestety taśma nie uwieczniła. Później przejazd doliną rzeki Iskar, strome czerwono- skaliste zbocza, w dole rzeka. Knajpka gdzie piwo chłodzone jest wodą z wodospadu. Nieliczne małe domki na skarpie, niczym z jakiejś makiety tuż pod nimi wyjeżdża z tunelu pociąg. W takich klimatach docieramy do Sofii.</p>
<p>Przedzieramy sie przez blokowiska, i później przez „starówkę” by dotrzeć do naszej bazy- węgierskiej ambasady. W Sofii poza zwiedzaniem miasta, ja mam wizytę u dentysty a Adam i Janek problemy z żołądkiem. Spędzamy więc w stolicy Bułgarii o 1 noc więcej niż planowaliśmy i wyjeżdżamy z miasta główną krajową drogą nr 1, która jest brukowana – czyżby jakieś rumuńskie akcenty?</p>
<p>Następny cel to Rilski Monastir, klasztor wysoko w górach, no nie tak wysoko bo tylko trochę powyżej 1100m npm. Jedak podjazd zaliczony jest jako jeden z 1000 największych podjazdów Europy, więc jak moglibyśmy go ominąć (nie był taki stromy, ale 20km non stop w górę). Sam klasztor bardzo ładny i pstrokaty, górskie położenie i widoki też całkiem fajne, ale ta masa turystów. Oglądamy conieco i zjeżdżamy tą samą drogą, bo innej nie ma. Na koniec odbijamy jeszcze do Stobskich Piramid.</p>
<p>Dalej przemieszczamy się na południe i nadmienić warto by jedynie jeden z noclegów. A mianowicie śpimy jakiejś pięknej nocy nad przepaścią, a jak ją znaleźliśmy? Najpierw celem znalezienia fajnej miejscówki zjechaliśmy z szosy gdy ta przebijała tunelem górę, na starą okrężną drogę, którą już nic nie jeździ. Później mimo, że było już ciemno wypatrzyliśmy malutki most linowy, przeszliśmy więc na drugą stronę po chwiejącej się konstrukcji i wspieliśmy się kilkanaście metrów kamienistą ścieżką, a tam: cisza, bo szosa schowana w tunelu, piękna trawka, przepaść i kran z wodą, czego więcej chcieć? Można by wyłączyć wyjące w nocy zwierzęta.</p>
<p>Przed opuszczeniem Bułgarii jeszcze raz wspieliśmy się w góry, tym razem okolice Melnika, Melnickie Piramidy i  Rożeński Monastir, kompletnie inny niż poprzednio odwiedzony, łączy je jedynie górskie położenie i to, że podjazdy do obydwu znajdują się na tajemniczej liście tzsiąca. Wspinaczka krótsza ale stromsza, klasztor opustoszały i spokojny, jedynie z kaplicy dobiegają jakieś śpiewy. Rosną tu winogrona i brzoskwinie a widok z kibla jest prosto na piękne niezamieszkałe góry.</p>
<p>Po chwili zadumy mkniemy w dół niekoniecznie najlepszą szosą, ale szosą. Mijamy odludne tereny. Już po zmroku przekraczamy granicę Grecką.</p>
<p><strong>Grecja</strong>: początkowo góry, później pustynia. Upał, upał i upał. Od południa na 2-3 godziny robimy przerwy na mrożoną kawę lub lody i kąpiel w morzu. No właśnie, morzu, woda dużo bardziej słona niż w Batyku, a przede wszystkim cieplejsza, dużo cieplejsza. Plaże czasem piaszczyste, czasem kamieniste, a czasem skały. Wszędzie drzewa oliwne. Sklepy pozamykane w ciągu dnia.</p>
<p>Polubiliśmy nocowanie na plażach, w zasadzie prawie codziennie znajdujemy sobie ”swoją” plażę: raz za wioską pełną palem, dyskotek i kolorowych straganów, innym razem po przebyciu 15 kilometrów pustkowia docieramy do morza, a tam dziki kemping, pełno przyczep i tymczasowych domków, „szef kempingu” zaprasza nas na plażę, śpimy za ostatnią łodzią, tuż obok jakichś skał. Było też Lagos Beach i sporo innych ciekawych loalizacji, gneralnie Grecy są fajni. W ciągu dnia wszyscy tak jak my odpoczywają i piją Frappe. To właśnie w Grecji, gdy spytaliśmy sie o toaletę na stacji benzynowej, ktoś bezinteresownie dał nam zimne napoje, a żeby było ładnie dodał kolorowe słomki. Spotkaliśmy też tutaj żółwie i rozjechane na szosie dzikie węże. Szyszki w Grecji są jeszcze większe od tych we Włoszech. Odwiedziliśmy Amfipoli z ogromnym lwem, Kavalę, z wielkim akwedukem i wzgórzem pełnym malutkich domków jak na jakiejś makiecie, było też Xanti z wielkim sklepem rowerowym, Porto Lago z suchymi bądź słonymi jeziorami, Komotini z wielkim centum pełnym zachęcających do opoczynku kawiarni, Alexandroupoli z resturacjami tuż nad brzegem morza i pewnie jeszce coś.</p>
<p><strong>Turcja</strong>: Granicę przekroczyliśmy autostradą, ale na pewno nie w autostradowym tempie, w sumie przeszliśmy około 4-5 kontroli. Pierwszym większym miastem jest Kesan, było to pierwsze miasto gdzie przyczepił się do nas tłum dzieciaków, pierwsze miasto gdzie dostaliśmy Colę dla wszystkich za darmo, miasto gdzie Janek zjadł pierwszy raz prawdziwego tureckiego kebaba, i pewnie wiele innych rzeczy, ktore później zdarzały się na codzień.</p>
<p>Przejechaliśmy przez półwysep Galipoli, objechaliśmy Eceabat oraz pobliski Kalidibahir z ogromną twierdzą, tyle jeśli chodzi o Europę, płyniemy promem do Azji i lądujemy w Canakkale. Dalej do Troi, zobaczyc konia i ruiny fundamentów. Jakoś specjalnie nam nie przypadły do gustu, aczkolwiek w Troi wypadły w tym roku moje urodziny. Następna była Alexandria, gdzie akurat archeolodzy odkopywali jakieś kamienie, a po drugiej stronie szosy, na polach pomiędzy kolczastymi krzaczorami stały sobie jakieś opuszczone i zapomniane ruiny, które zrobiły na nas całkiem spore wrażenie, z pewnością większe niż następująca po Alexandrii odludna pustynia.</p>
<p>Szosy tureckie są delikatnie mówiąc chropowate, z powodu panujących upałów asfalt turcy posypują żwirem, który wtapia się w czarną masę tworząc jedną wielką tarkę.</p>
<p>W klimatach pustynnych jadąc wąską drogą w zasadzie wzdłuż wybrzeża docieramy do Assoss, kolejnego magicznego miejsca. Ruiny jakiejś świątyni położone na wzgórzu, ludzi jak na lekarstwo. Kolumny zecydowanie wyróżniają się z krajobrazu. Piękna panorama na morze, zatoczki i skaliste plaże. Dalej wciąż pustynia i to się chyba już nie zmieni. Odwiedziliśmy jeszcze Ayvalik z widokiem na okoliczne wysepki i nieopodal wybija nam 2000km po drodze do Bergamy. Wtoczyliśmy się tam na kosmiczne wzgórze a w zasadzie na początku podjazdu zatrzymał się jakiś Turek traktorem i się spytał, czy jedziemy na górę i podrzucił nas na szczyt, gdzie w nagrodę za to że nas podwiózł dostaliśmy jeszcze melona, a nawet 2. Największe wrażenie zrobił na nas chyba teatr na pół wzgórza z niewyobrażalną panoramą na okolicę. Resztę świątyń, schodów czy podziemi z tego miejsca przedstawiają zdjęcia. Zjazd też był niczego sobie.</p>
<p>Z Bergamy do Izmiru było już niedaleko, a Izmir to nasza meta rowerowa. Po drodze jeszcze poznaliśmy całkiem śmiesznego Turka, gdy to nocowaliśmy obok stacji benzynowej na zielonej i równitkiej trawce. Wieczorem gadaliśmy z nim mimo, że on nie znał angielskiego a nasz turecki opierał się na książeczce- rozmówkach. Rano zanim wstaliśmy dostaliśmy typową turecką herbatkę, której wszędzie pełno. A około południa byliśmy już w Izmirze i czekaliśmy na spotkanie z tureckim kolegą, którego poznaliśmy już w Polsce rok wcześniej i u którego mieliśmy nocować i który pokazał nam miasto i okolicę.</p>
<p>Zaparkowaliśmy rowery na podwórzu i pozwiedzaliśmy Izmir. Późnym popołudniem zjedliśmy obiad w postaci Pity, która była delikatnie mówiąc ostra. Wieczorem pojechaliśmy do miejsca, które długo pozostanie nam w pamięci, jako symbol tureckiej gościnności. Była to restauracja w imprezowym cenrum Izmiru, spotkaliśmy się tam z kolegami Kamila i zakosztowaliśmy tureckich specjałów. Szczególnie przypadła nam do gustu Raki, którą pije się pół na pół z wodą, z dodatkiem lodu, wtedy nabiera białego koloru. Był to też dobry sposób na odreagowanie problemów z kupnem biletów na powrót z Izmiru do Istambułu, skąd niebawem odlecieć miał nasz samolot. Na koniec miłego spotkania okazało się, że mieszkańcy tego dwumilionowego miasta tak bardzo lubią spędzać w tej dzielnicy wieczory, że około północy jest tuaj korek.</p>
<p>Kolejnego dnia pojechaliśmy z Kamilem do Efezu i pobliskich wzgórz, ktróre uznane zostały za ostatnie miejce pobytu Marii. Efez kosmos, tyle dobrze zachowanych ruin w 1 miejscu tworzy w zasadzie całe antyczne miasto. Turystów też całkiem sporo, odwiedziliśmy też 1 z cudów świata- pozostałości po świątyni Artemidy, niestety, co tu dużo mówić, świątynia aktualnie znajduje się w British Museum. Byliśmy w drodze powrotnej jeszcze na jakiejś plaży oraz regiolnych przekąskach, a na koniec w Ikei po kartony i darmowy papier do opakowania rowerów przed transportem.</p>
<p>Przejazd z Izmiru do Istambułu był całkiem miły, gdyby nie to, że nie mogliśmy kupić biletów a gdy już się udało nikt nie potrafił nas zapwnić, że nasze rowery też zmieszczą się do autobusu. Spakowaliśmy rowery w jak najmniejsze paczki- wrzuciliśmy je do samochodu i pojechaliśmy na dworzec, autobus był około 1 czy 2 w nocy i o dziwo musieliśmy tylko troszeczkę dopłacić i miejsce na rowery się znalazło, mimo, że autobus był wypełniony w 100%.</p>
<p>Rano byliśmy w Istambule, z powrotem po europejskie stronie. Wszyscy twierdzili, że jazda rowerem z sakwami po Istambule to będzie masakra, ale gdy mikrobus który miał zawieźć nas na docelowy dworzec okazał się pełny, jazda rowerem stała się rzeczywisością. Poza tym, że wszyscy na nas trąbili to nie było żadnych problemów a jazda była całkiem miła i przyjemna i kilkanaście kilometrów pokonaliśmy nawet bez błądzenia. Zostawiliśmy rowery na bazie, odpoczeliśmy trochę po podróży i przystąpiliśmy do zwiedzania Istambułu, co zajęło nam w sumie dwa dni i dwie noce. Zobaczyliśmy Niebieski Meczet, Hagię Sofię, Grand Bazar i wiele wiele innych miejsc, nie pomijając zaułków.</p>
<p>Na koniec jeszcze tylko 50km do lotniska położonego za miastem, pakowanie rowerów w nocy w kartony, mała drzemka i o 4:40 odlatujemy do domów, a w zasadzie do Bratysławy, skąd Adam Z. i Janek jadą pociągam do Gdańska, a Karolina i ja do Budapesztu, gdzie już następnego dnia zaczynam rok akademicki na mojej nowej uczelni.</p>
<p>Adam Piotrowski</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://rowery.gda.pl/2008/07/04/wyprawa-rowerowa-do-turcji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

